Preikestolen, Lysefjord, Norwegia

Preikestolen to jedno z miejsc, które powinno się zobaczyć przed śmiercią. Zwany „Kazalnicą” lub „Kamiennym pulpitem” zapiera dech w piersiach- swoim ogromem, majestatem a przede wszystkim widokami 🙂 Stanowił jeden z głównych powodów naszego przyjazdu do Norwegii. Zapraszam więc do wycieczki po jednym z norweskich fiordów.

Rozpoczynamy bardzo wcześnie rano i z Sandnes, gdzie mieszkamy, jedziemy autobusem do Stavanger Centrum. Szybkim krokiem ruszamy do Fiskepirterminalen (przystań skąd odpływają promy). Po wcześniejszym zwiadzie wiemy, że prom do Tau odpływa ze stanowiska 5 (wystarczy pytać ludzi). Zajmujemy wygodne miejsce, po odcumowaniu kupujemy bilety i zostaje nam już tylko rozkoszowanie się widokami. Oraz rozmową z młodą Japonką, która samotnie podróżuje po Skandynawii.

no to w drogę

podziwiamy widoki

o, już brzeg widać!

Po ok. 40 min prom przybija do brzegu a wszyscy przesiadają się na autobus z tabliczką „Preikestolenhytta”. Po mniej więcej 20 min jesteśmy na miejscu. Sprawdzamy rozkład autobusów powrotnych, przepuszczamy tłum ludzi, urządzamy małą sesję zdjęciową,  i ruszamy na szlak.

nie potrzeba tłumaczenia 😉

początek szlaku

zostawiamy początek szlaku za sobą

Preikestolen to jedno z najbardziej popularnych i najczęściej fotografowanych atrakcji w Norwegii. Ze względu na dosyć łatwy dojazd, nie najtrudniejszy szlak a do tego piękne okoliczności przyrody jest celem wielu weekendowych wycieczek. Swoje też robi dobry PR 😉 W 2011 r. Preikestolen został wpisany przez Lonely Planet oraz magazyn podróżniczy CNN GO na światową listę najbardziej spektakularnych tworów natury.

norweskie oznakowanie terenu

w oddali zabudowania Norweskiego Towarzystwa Turystyki Górskiej

czasem bywa stromo (my podchodzimy, inni dezerterują 😉

próbujemy wypatrzeć Stavanger

Klif powstał ok 10 000 lat temu na skutek działalności silnego mrozu powodującego pęknięcia w skale. W pęknięciach tych dodatkowo gromadził się lód, który wspomagał kruszenie się skały.

nasi tu byli?

fiordy 0.0

blisko nieba

widok na Lysefjord

Na szczyt prowadzi szlak o długości zaledwie 3,8 km oraz różnicy poziomu 350 m. Wg  informacji na tablicy średnia dojścia to 2 h, ale na ogół zajmuje to jednak 3-4 h. Nie należy do najbardziej ekstremalnych ale parę razy po drodze złapałam zadyszkę i zwątpienie w dojście w całości do celu. Dało popalić kolanom. Z lekką zazdrością patrzyłam na małe dzieci przenoszone przez rodziców na plecach 😉  Widziałam też ludzi, którzy w jedną stroną wchodzi w trekkach, na  zmieniali je na obuwie do biegania i szybkim truchtem pokonywali trasę w dół.

a propo bólu w kolanach

i znów Lysefjord

różnorodność drogi

tu jestem… i nadal żyję

proszę zgadnąć- jaką metodą SCHODZIŁAM?

Wierzchołek Preikestolen o powierzchni 25 na 25 metrów, wznosi się niemal pionowo   406 m nad Lysefjordem. Aby nie dostać wariacji błędnika najlepiej położyć się przy krawędzi i dopiero spojrzeć w dół. No chyba, że ktoś lubi mocne wrażenia. W ciągu całego lata (a sezon trwa dosyć krótko) na szczyt wchodzi podobno sto tysięcy ludzi, najwięcej oczywiście w weekendy. Dlatego zapomnijcie o samotnym rozkoszowaniu się widokami. Jednak tylko w małym stopniu umniejsza to urok tego miejsca.

taaak, to jest śnieg… w czerwcu 😉

krawędź Preikestolen

mały lansik

Lysefjord to najsłynniejszy w tym regionie fiord. Długi na 42 km o skalistych ścianach sięgających 1000 m, niemal pionowo opadających do zatoki. Do najpopularniejszych kierunków wycieczek należy klif Preikestolen oraz leżący po drugiej stronie fiordu szczyt Kjerag. Właśnie Kjeragbolten był dla nas drugim powodem przyjazdu. Niestety, z braku możliwości dopasowania połączeń autobusowo- promowo- autobusowych musiałyśmy zrezygnować. Nie było to jednak nasze ostatnie słowo i mamy już zaplanowany powrót do Stavanger z nastawieniem na Kjerag.

pożegnanie z Preikestolen

butki muszą być 😉

Opublikowano podróżniczka, tropicielka szlaków, Wszystkie | Otagowano , , , , , | 5 komentarzy

Stavanger, Rogaland, Norwegia

Ze specjalną dedykacją dla Gusiooka, żeby miała co oglądać na obczyźnie a nie tylko mgła angielska 😉

Witamy w Stavanger!

Stavanger- czwarte pod względem wielkości miasto Norwegii- od prawie 1 000 lat związane jest z morzem. Morze żywi, zapewnia pracę, daje niezależność, rozwija gospodarkę. Wszystkie dziedziny kręciły się wokół morza- rybołówstwo, szkutnictwo, handel, transport. Dzięki temu mieszkańcy miasta mogli swobodnie podróżować po świecie i zawsze mile witali przybyszów z innych krajów. Z biegiem wieków kosmopolityczny charakter coraz bardziej się pogłębiał- dziś co 10 mieszkaniec to obcokrajowiec (w tym spooooro Polaków).

port przy Norweskim Muzeum Ropy Naftowej

Mieszkańcy Stavanger są bardzo dumni ze swego miasta i chętnie powtarzają, że ich miasto ma swój początek w bitwie pod Hafrsfjordem w 872 r., kiedy to król Harald zwany Pieknowłosym odniósł swoje pierwsze zwycięstwo.

uliczki

pomnik … głupio się przyznać ale nie wiem czego

Miasto bogaciło się początkowo dzięki żegludze morskiej, a kiedy pod koniec XIX w. handel morski przestały przynosić znaczne dochody rybacy wpadli na pewien pomysł- „zapuszkowali” małego śledzia. I tak na salonach pojawiły się norweskie sardynki.             Po II wojnie światowej, kiedy w rybołówstwie zwiększyła się konkurencja, pojawił się inny dar morza- ropa naftowa. Dzięki temu Stavanger został wybrany na centrum lądowe dla przemysłu naftowego na norweskiej części Morza Północnego.

zakochałam się w tym mieście

Sercem współczesnego Stavanger jest Breivatnet, położony w centrum miasta staw. Właśnie tu znajduje się Domkirken (katedra św. Swithuna)- XII- wieczna katedra, jedyna w Norwegii praktycznie od wybudowania niezmieniona. Wnętrze kamiennej świątyni tchnie surowością a masywne kolumny kontrastują z eleganckimi łukami prezbiterium i ze wspaniałym gobelinem Fridy Hansen zdobiącym przedsionek.

mój wymarzony domek 🙂

stavangerski (czy stavangarski?) odpowiednik wrocławskich Jatek 😉

nawet ze skrzynki z prądem można zrobić sztukę

iść zgodnie ze wskazówką…

w oddali fiordy 🙂

trole są wszędzie 😉

widok na port w Stavanger

Gamle Stavanger czyli Starówka, pochodzi z XVII i XVIII w. Stanowi ją 180 drewnianych białych domków, brukowane uliczki wolne od ruchu samochodów, staroświeckie latarnie. Wszystko utrzymane w klimacie sprzed kilku wieków. Można ulec wrażeniu, że czas zatrzymał się. Jednakże wnętrza nie ustępują nowoczesnością i komfortem domkom położonym w bardziej współczesnym otoczeniu.

Gamle Stavanger

czyż nie jest przyjemniej wyjmować listy z TAKIEJ skrzynki?

mały biały domek

Stavanger- tradycja i nowoczesność

Opublikowano podróżniczka, Wszystkie | Otagowano , , , , | 8 komentarzy

wstęp do cyklu o Norwegii

W Norwegii jest wszystko-  góry zanurzone w morzu na setki metrów, wysokie górskie szczyty, zorza polarna i dzień polarny. Kraj niekończących się rzek i olśniewających wodospadów. A przede wszystkim unikalne w skali światowej, ukształtowane podczas cofania się lodowców, fiordy. I to właśnie fiordy przywiodły nas na początku czerwca br. w region Stavanger. Byłyśmy tam trzy dni i choć był to intensywnie spędzony czas to jednak nie udało nam się zrealizować założonego planu w 100%. Zabrakło czasu i komunikacji. Ale mamy dzięki temu powód, aby tam wrócić.

Stavanger

Norwegia nie jest droga… jest bardzo droga. Przynajmniej dla turysty, który ma ograniczone fundusze. Ale można oczywiście ograniczyć wydatki i w przystępnym budżecie zorganizować wyjazd. Przede wszystkim- tanie linie lotnicze. WIZZAIR ma w swojej ofercie loty dwa razy w tygodniu z Warszawy do Stavanger. Kate mieszka aktualnie w Warszawie, więc z noclegiem nie było problemu. Za bilet w obie strony zapłaciłyśmy 60 zł/osobę. Ale widziałam, że można w sierpniu polecieć już za 4 zł!!! Warto naprawdę skorzystać 😉  Noclegi to rzeczywiście wydatek spory. Jeżeli jedzie się w kilka osób to świetną opcją są „hytte”- chatki letniskowe. Oprócz tego kempingi, hostele, schroniska oraz oczywiście schroniska. Dla tych, którzy lubią przygodę i chcą poznać nie tylko kraj, ale również jego mieszkańców polecam Couchsurfing. Jeden z najlepszych sposobów na tanie podróżowanie, który daje możliwość poznania kultury kraju „od środka”. A także pozwala na poznanie innych ludzi poprzez udostępnienia im własnej „kanapy”. Trochę trwały moje poszukiwania na CS osoby, która w wybranym przez nas terminie przyjmie nas na te trzy dni. Część z osób odpisywała, że niestety mają już inne plany albo nie są w stanie nas przyjąć z różnych względów. Parę osób się w ogóle nie odezwała, co uważam za trochę przykre. Jeżeli już ktoś zadał sobie trud utworzenia swojego profilu i wyraził chęć przyjmowania gości i loguje się na na tym profilu to mógłby choć odrzucić zapytanie. A tak… martwa dusza! No, ale po różnych perypetiach udało nam się znaleźć dziewczynę- podróżniczkę, fascynatkę kuchni tajskiej, która mieszka ok. 10 km od Stavanger.

tu byłam…

Tak wyglądał nasz domek. Zajmowałyśmy w nim jeden pokój- pokój Marty, naszej couchsurfingowej gospodyni. Poza nią mieszkały tam (oficjalnie) jeszcze trzy osoby: Norweg, Hiszpanka i chłopak z Dominikany. Oficjalnie, bo nieoficjalnie przez domek przewijały się tłumy znajomych i znajomych znajomych, różnej narodowości. Prawdziwy hipisowski domek! 🙂

Nasza podróż, jak prawie każda, rozpoczęła się na lotnisku. Lotnisko im. Chopina w Warszawie. Leciałam po raz pierwszy w życiu więc zdałam się całkowicie na Kate. Dla niej to był pierwszy lot z tego lotniska więc trochę trwało zanim znalazłyśmy odprawę Wizzair. Mając w zapasie sporo czasu stanęłyśmy grzecznie w kolejce do kontroli bezpieczeństwa. I tu zaczęła się polska z przytupem! Kolejka posuwała się tempem ślimaczym, otwarte były dwie bramki na trzy loty, które następowały po sobie w odstępie m/w5 min. Co jakiś czas podchodził ktoś z wózkiem dziecięcym i wpychał się w kolejkę (bo niby oni mają pierwszeństwo). Atmosfera robiła się coraz bardziej nerwowa- do odlotu naszego samolotu zostało 15 min a przed nami z 10 osób. Widząc, że kobitka z obsługi kieruje tych, którzy lecą również do Stavanger do innego terminalu podeszłam do niej. Wytłumaczyłam naszą sytuację, a ona, że „najwyżej panie nie polecą!”. Zamurowało mnie! Nie pomogło tłumaczenie, że stoimy w tej kolejce 1.5 h. Pani nie chciała w ogóle słuchać. Stojąca przed nami grupa Ukraińców widząc, że dosyć agresywnie reagujemy na kolejny dziecięcy wózek spokojnie stwierdzili, że bez nas nie polecą. A poza tym zawsze możemy stanąć przed nimi. Na kontroli nie obyło się bez ściągania butów (trekkingowych)  i rewizji osobistej (ech, te zamki w dżinsach).

w chmurach i nad nimi

Prawie w ostatniej chwili zdążyłyśmy na autobus do samolotu. Potem już tylko wybór miejsca, rozlokowanie się, zapięcie pasów i … lecimy! Widok z okna po prostu oszałamiał. Pogodę mieliśmy idealną więc widoczność rewelacyjna.

Marta przekazała nam jak mamy się dostać do jej miasta dodając, by w razie czego pytać kierowcy. Zapytałyśmy więc czy trafiłyśmy do dobrego autobusu. I jakie było nasze zdziwienie, gdy odpowiedział nam czystą polszczyzną! Okazało się, że prawie wszyscy kierowcy w tym regionie są Polakami! Wygodniej (i taniej) jest zatrudnić Polaków z uprawnieniami i ściągnąć nawet ich rodziny niż wykwalifikować Norwega! Koszty takiego kursu są ogromne. Także jeżeli ktoś ma uprawnienia do przewozu ludzi i chciałby zmienić miejsce pobytu to zapraszam do Norwegi! Tam nas jeszcze lubią 😉 Podczas całego pobytu nie spotkałyśmy kierowcy innej narodowości. Dosyć zabawne było jak wchodząc do autobusu wyklinałam czytniki kart biletowych a kierowca ze śmiechem odpowiadał coś w języku polskim.

ku przestrodze….

Każdemu kto odwiedza Norwegię i planuje poruszanie się komunikacją miejską proponuję zakup „day pass” albo kilkudniowego biletu w formie plastikowej karty- „Kolumbuskort”, którą przykłada się do czytnika po wejściu do pojazdu. Pozwala to zaoszczędzić sporo pieniążków. A po przyjeździe zaopatrzyć się w książeczkę zieloną z rozkładem jazdy- naszą norweską Biblią. „Ruteboken” można znaleźć w każdym autobusie. Jeżeli nie ma poprosić kierowcę. Książeczka jest darmowa 🙂 Drugą niebiesko- białą „Hurtigbåtruter” z rozkładem promów można dostać w Informacji Turystycznej. Zapomniałabym- po przylocie rozejrzyjcie się na lotnisku czy nie stoi gdzieś półeczka z folderami i mapami okolic. Bardzo przydatne 🙂 Minusem podróżowania autobusem jest brak informacji o mijanych przystankach. Zatrzymanie należy sygnalizować przed przystankiem przyciskiem „stop”. Do tego te ich rozkłady są trochę skomplikowane. Dlatego przydatne jest pytanie kierowcy o cel swojej podróży i poproszenie o powiedzenie kiedy mamy wysiąść. Z tym nie ma żadnego problemu. W Norwegii rodacy sobie pomagają.

port w Stavanger

Norwegia urzekła mnie od pierwszego płotu 🙂 Zakochałam się w ich domkach. Zwłaszcza tych barwy czerwonej. Oraz tych przeszklonych, z oknami na całą ścianę. Nie wiem czy to specyfika jedynie domków letniskowych (bo region Stavanger słynie podobno właśnie z domków na okres wakacyjny) ale na mnie zrobiło wrażenie. Zresztą cała architektura i koncepcja budowlana jest różna od naszej. Wszystko jest bardziej jasne, czystsze, przestronniejsze a przede wszystkim- nic nie zasłania nieba. Dbanie o czyste ulice to chyba narodowy sport Norwegów. Codziennie rano widziałyśmy grupkę młodzieży zasuwającej z czymś na kształt szczypiec na długiej rączce zbierających śmieci. Oczywiście zgodnie z ideą recyclingu. Każdy odpadek musi trafić do odpowiedniego pojemnika. I nie ma odstępstw. W każdym domu jest kilka koszy na śmieci a segregacja śmieci to obowiązek! Niestosowanie kończy się wysokimi karami. Na ulicach stoją kontenery i pojemniki z nalepkami, do którego rodzaju śmieci są przeznaczone. W pewnym momencie miałam nawet problem czy opakowanie po wafelku to papier czy plastik? 😉

w drodze na Preikestolen

Ale najpiękniejsza jest przyroda. A zwłaszcza fiordy, które stanowią przecież symbol Norwegii- otoczone stromymi brzegami zatoki, wciskające się w ląd nawet na głębokość kilkuset kilometrów. Powstały w epoce lodowcowej w wyniku żłobienia skał przez ogromne masy lodu i kamieni. Wrażenie robią oszałamiające. Dech zapiera ogromna przestrzeń, której nie mogą oddać żadne zdjęcia. Choćby robił je najlepszy fotograf. Rejsy po fiordach to idealna możliwość do podziwiania ich piękna jakby „od wewnątrz”. Zachwycające i dostojne, porażają swoim pięknem nietkniętym przez człowieka. Czysta natura! Mimo iż codziennie odwiedza je tysiąc ludzi nie straciły niczego ze swojej tajemniczości. Do większości prowadzą drogi a tam, gdzie nie ma takiej opcji można dotrzeć dzięki przeprawie promowej. Rejs promem to kolejna ciekawa wyprawa.

Lysefjord

Miałyśmy w planach dwa punkty: Preikestolen, zwany Pulpitem oraz Kjeragbolten (po naszemu „Kamolec”). Niestety, z pewnych przyczyn udało nam się jedynie wybrać w to pierwsze miejsce. Preikestolen to położony na wysokości 604 metrów nad poziomem morza klif, który stanowi główną atrakcję regionu oraz cel wielu wycieczek weekendowych. W tym samych Norwegów. Szlak turystyczny prowadzący na szczyt skały ma zaledwie 3,8 kilometra. Mimo to średnie tempo wspinaczki na samą górę zajmuje przeciętnemu turyście około 2 godzin. Po drodze można kilkakrotnie wypluć płuca. Problemem (zwłaszcza dla posiadaczy krótkich nóżek) są głównie wysokie kamienie, po których trzeba się wdrapać. Radzę też uzbroić się w cierpliwość na samym szczycie. Bardzo duża ilość turystów sprawia, że na swoją kolejkę do sesji zdjęciowej trzeba poczekać.

witamy w Norwegii!!!

Tyle tytułem wstępu 🙂 Garść podstawowych informacji, które mi przyszły na bieżąco do głowy. W kolejnych postach bardziej szczegółowe relacje ze zwiedzania Stavanger, Sandnes oraz oczywiście Preikestolen.

Opublikowano obserwatorka, podróżniczka, tropicielka szlaków, Wszystkie | Otagowano , , , , , , , , | 9 komentarzy

Veritka za kierownicą

źródło: planeta.fm

Pierwszy raz od zdania egzaminu na prawo jazdy (tj. od marca br.) usiadłam za kierownicą autka. I nie mógł to być mały kursik po okolicznych uliczkach czy wprawki na parkingu przed marketem. Nie, ja musiałam się wybrać rodzinnie do Legnicy. No OK, nie jest to jakaś przesadnie długa trasa ale swoje 71.5 km ma 🙂 Aby było atrakcyjniej to pojechałam przez Środę Śląską a nie grzecznie autostradą (a w ogóle to autostradą jest dalej). Droga prawie cały czas główna, ładnie zrobiona, bez większych dziur i wymuszonych postojów. Jak na chrzest bojowy wystarczyło 🙂 Jechało się fajnie, choć widziałam, że parę rzeczy trzeba poprawić (w mojej jeździe, nie tylko w drogach). W ogóle odnoszę wrażenie, że na tych kursach na prawko uczą jak zdać egzamin, takiej trochę jazdy pod dyktando. Dopiero po odebraniu plastiku wpadasz w tryby ruchu wiejsko- miejskiego. Jedynym ratunkiem są dodatkowe jazdy z kimś innym niż instruktor i oczywiście innym autem. Bo potem mogą się pojawić problemy z przyzwyczajeniem do nowego pojazdu.       A wiedzę, jaką się nabyło w czasie nauki na kursie można w pewnym stopniu schować między kartki kodeksu drogowego. Moja pierwsza jazda = totalna zmiana światopoglądu. Na szczęście nie jest ze mną tak źle i bakcyla kierowcy złapałam. Udało mi się też parę razy zaparkować pod moim domem, a wierzcie mi to nie lada sztuka. Najpierw trzeba zlokalizować wolną przestrzeń, następnie wywalczyć prawo do upatrzonego miejsca (droga jednokierunkowa) i wreszcie wcisnąć autko między stojące pod różnym kątem i w różnych konfiguracjach samochody. Aż dziw, że straż miejska nie zagląda na moją ulicę, bo żniwo by miała niezłe. Codziennie!

Jak na pierwszą dłuższą trasę uważam, że spisałam się całkiem znośnie. Co prawda już podczas powrotu z Legnicy na jednym ze skrzyżowań zgasło mi autko i mimo usilnych zabiegów oraz pouczeń mojego Taty (dodam, że to straszny nerwus i choleryk!) za nic nie chciało odpalić. Ale ku mojemu ogromnemu zdziwieniu nikt nie trąbił na mnie, nie wygrażał ani nie pośpieszał. Stojący za mną kierowcy czekali spokojnie, aż uporam się z zapłonem. Po nieskończenie długiej chwili (tj. ok 2 min- zmieściłam się w jednym cyklu zielonego światła) cholerstwo w końcu odpaliło i ruszyłam dalej. Cała w nerwach i zła na cały świat i pół okolicy.                                                                                                                         A potem za Środą Śląską byłam o włos od zderzenia. Jakiś idiota, któremu znudziło się czekanie w korku lub ewidentnie cierpiał na potrzebę nadmiaru adrenaliny zaczął wyprzedzać „na trzeciego”. Byłam pewna, że zdąży się schować ale nie miał szans, nikt go nie był w stanie wpuścić. Gdyby nie asfaltowe pobocze, na które w ostatniej chwili zjechałam oraz brak innych aut za mną, uderzyłby we mnie z ogromną siłą. Facet gnał ponad setkę! I na kilku setkach chyba też :-/ Skończyło się na sporym strachu, trzęsących się rękach i zatrzymaniu awaryjnym. Musiałam sporą chwilę odczekać zanim ponownie włączyłam się do ruchu. Niektórzy jeżdżą kompletnie bez wyobraźni. Nie liczą się z innymi na drodze, wyprzedzają nie przewidując konsekwencji, myślenie zostawili chyba przed uruchomieniem silnika. I jak taki początkujący żuczek ma się nie obawiać poruszania po drogach? Chyba trzeba nauczyć się rozpychać łokciami i takiego cwaniactwa samochodowego… Albo jeździć bezpiecznie i ładnie się uśmiechać do znerwicowanych, przesyconych testosteronem kierowców 🙂 Bo życie takie piękne jest…

Opublikowano kobieta za kierownicą, obserwatorka, podróżniczka, Wszystkie | 2 komentarze

Anna Dziewit- Meller, Marcin Meller „Gaumardżos”

Anna Dziewit- Meller, Marcin Meller   „Gaumardżos”

Gruzja– niewielki kraj położony na Kaukazie Południowym, w zachodniej części lądowego przesmyku łączącego Europę z Azją pomiędzy Morzem Czarnym i Kaspijskim. Stolicą jest Tbilisi. W 1994 r. sytuacja w Gruzji zaczęła się stabilizować po niepokojach, jakie wybuchły po odzyskaniu niepodległości w grudniu 1991 r. Nadal nierozwiązane pozostają konflikty etniczne w Osetii Południowej i Abchazji. Nie darzą miłości Rosji, choć hołubią Stalina. I tyle wiedziałam na temat tego bardzo blisko położonego kraju od Polski. I jak się okazało bliskiego również pod innymi względami.

Marcin Meller  był tam po raz pierwszy   w 1992 r.  – jako korespondent wojenny. Później wiele razy jako zwykły turysta razem z Anią. Znaleźli tam wspaniałych przyjaciół, którzy stali się swego rodzaju rodziną. Często odwiedzają ten kraj, tam wzięli prawdziwy, gruziński ślub. Dlatego z ciekawością sięgnęłam po ich książkę. Tym bardziej, że przybliżają kraj mi dotąd słabo znany. Nie jest to przewodnik, książka podróżnicza ani zbiór reportaży. Raczej jest wszystkim po trochę. Autorzy sami mówią o niej „gruziński szaszłyk”- zbiór najróżniejszych opowieści, wspomnień przeżyć, które na pierwszym planie mają właśnie Gruzję. Bo Gruzja to ciekawy i pasjonujący kraj. „Do śmiechu i do płaczu”.  Samochód można prowadzić pod prąd, bez prawa jazdy a pod wpływem alkoholu być dobrym kierowcą. Gruzini zakochani są w swoim kraju, swojej przyrodzie, kulturze,  zwyczajach, historii i jedzeniu. Bo wszystko mają przecież najlepsze. A zwłaszcza wina. Sami przyznacie?
W książce jest wszystko- opisy przyrody, wydarzenia historyczne, zwyczaje, relacje rodzinne, historie damsko- męskie, nastroje polityczno- społecznej, jest osobny rozdział poświęcony Suprą- ucztom, które są czymś więcej niż nasza polska godzinność oraz relacje z wyjazdów Marcina jako korespondenta wojennego- wrażenie robi ucieczka pod snajperskim obstrzałem czy tonący statek pasażerski.

Każdy rozdział jest odrębną historią, czasem powtarzają się wątki z poprzednich. Nie sprawia to jednak problemu podczas czytania. Bo książka wciąga, czyta się ją jednym tchem.
Przeplatają się opisy piękna Gruzji z relacjami z radosnych biesiad oraz trudną i krwawą historią tego kraju. Od początków państwa, przez bycie, podobnie jak Polska, jedną z satelit ZSRR, wojnę z Rosją w 2008 r. aż po obecne, nie mniej burzliwe wydarzenia. Sporo miejsca zajmuje ostatni rozdział poświęcony porwaniu w 1983 r. przez gruzińskich studentów samolotu do Batumi, za które otrzymali najwyższy wymiar kary- śmierć. Była ich siódemka, jeden  popełnił samobójstwo, gdy samolot wylądował, do dziś żyje tylko jedna osoba i tylko jedna ma swój grób. O ciała reszty nadal walczy rodzina. Bezskutecznie. Sprawa ta wywołała i nadal wywołuje żywą reakcję wśród Gruzinów. Wszyscy uważają, że za porwanie samolotu należało ich ukarać. Mimo upływu lat ta historia tragiczna w skutkach do dziś dzieli naród. Zwłaszcza sposób przeprowadzenia śledztwa oraz wysokość wymierzonej kary.

Sami Gruzini jawią się jako dumny naród, który kultywuje dawne tradycje, uwielbia śpiew i taniec, pije jak mało kto, a przede wszystkim kocha swój kraj, który mimo krwawej historii potrafi podnieść się z gruzów. I to dzięki kobietom- gdy mężczyźni oddawali się swoim nałogom i marazmowi, one na swoich barkach dźwigały ciężar odpowiedzialności za rodzinę. Zadziwiające jest jednak, że mimo iż pracują zawodowo, czasem na naprawdę wysokich stanowiskach, w rodzinie strzegą domowego ognista i podczas supry nie biorą w nich udziału a dbają o to, by wszyscy mieli pełne talerze, kubki i niczego nie brakowało. Nic więc dziwnego, że największą dumą jest królowa Tamara, której legenda jest wciąż żywa. Jej panowanie nazywane jest Złotym Wiekiem Gruzji. Do dziś na jej cześć wznosi się toasty i nazywa dzieci królewskim imieniem.
Jest też niesamowita historia Katarzyny Pakosińskiej (tak, tej z „Kabaretu Moralnego Niepokoju” i reklam „UPC”), która przyznała w mediach, że w Gruzji zostawiła swoją wielką, młodzieńczą miłość. I po latach postanowiła Mamukę odnaleźć. Ania towarzyszy jej podczas tej podróży i sprawdzenia, czy prawdą jest, że „stara miłość nie rdzewieje”.

Książka jest zdecydowanie miszmaszem – wszystko w niej jest. I radość i smutek. Śmiech i płacz. I góry i morze. I historia i współczesność. Dzielne kobiety i dumni mężczyźni. Jedzenie i picie. Rodzina i samotność. I z tego wszystkiego przebija wielka miłość do Gruzji. „Uczta jako sposób na życie”. Jak obserwuje się Gruzinów wydaje się to być metodą doskonałą.

Czy książka przekonała mnie do samodzielnego poznania Gruzji? W pewnym sensie tak. Piękno przyrody, w wielu miejscach nadal dzikiej, wysokie góry, które zawsze stanowią dla mnie motywację do wyjazdu, cudowna gościnność ludzi, pyszne jedzonko, jeszcze lepsze wino i ta fantastyczna atmosfera. Tylko czy obecna Gruzja jest tą, którą poznali i pokochali państwo Meller?

A „Gaumardżos!” znaczy po gruzińsku „Na zdrowie!”, ale też „Życzę ci zwycięstwa!”. Bo toasty w tej kulturze mają ogromne znaczenie. „Dobry tamada to prawdziwy artysta, bo oryginalny i mądry toast może trwać i 20 minut, a sztuką jest wznosić go tak, by olśnić zgromadzoną dookoła stołu publiczność.”

Opublikowano czytelniczka, podróżniczka, Wszystkie | Otagowano , , , , , | 10 komentarzy

szczoteczka elektryczna czy manualna?

Jakiś czas temu koleżanka zaproponowała mi udział w kampaniach tzw. marketingu rekomendacji- działania mające na celu „wywołanie fali rekomendacji produktu/usługi wśród konsumentów” poprzez dostarczanie produktów do testowania uczestnikom (tzw. Ekspertom lub Ambasadorom), którzy na podstawie swojego doświadczenia informują o tym swoim znajomym, rodzinie, ludziom, których ten produkt mógłby zainteresować. 

Streetcom to pierwsza w Europie i jedyna w Polsce agencja wyspecjalizowana w marketingu rekomendacji konsumenckich. Przekazują próbki produkty odpowiednim uczestnikom kampanii do testowania i podzielenia się swoimi opiniami z innymi. Na podstawie składanych przez Ekspertów raportów z przeprowadzonych rozmów tworzą bazę opinii. To tyle w kwestii oficjalnych informacji, które można znaleźć na ich stronie.                                                                                                         Dlaczego się zdecydowałam? Bo to fajny sposób na poznanie nowinek rynkowych, bycie często pierwszych testerem danego produktu, możliwość polecania znajomych czy rodzinie sprawdzonego produktu.

 Kilka dni temu dostałam swoją pierwszą Paczkę Ambasadora zawierającą szczoteczkę elektryczną  Oral- B Professional Care 500- akumulatorek w rączce, wymienną końcówkę Precision Clean, ładowarkę, Przewodnik Ambasadora zawierający wytyczne dotyczące kampanii oraz ulotki z podstawowymi informacjami. Zgodnie z instrukcją naładowałam grzecznie akumulatorek   i przystąpiłam do testowania. Miałam trochę obaw, bo wkładanie do buzi czegoś buczącego wzbudzało lekki niepokój. Poza tym nie wiedziała czego się spodziewać. Stosowanie szczoteczki elektrycznej nie jest nieprzyjemne ale początkowo dziwnie się czułam. Po trzecim razie już byłam przyzwyczajona i mogłam spokojnie cieszyć się z efektów.          Bo rezultat jest rewelacyjny. Dzięki okrągłej główce wykonującej oscylacyjno- rotacyjne i pulsacyjne ruchy dociera do trudno dostępnych miejsc i skuteczniej usuwa płytkę nazębną. Ząbki są czyste, gładkie i bez podrażnionych dziąseł. Przez kilka pierwszych dni dziąsła trochę krwawiły ale z biegiem czasu krwawienie ustało i nie mam z nim żadnego kłopotu. Nareszcie! Jest łatwa w użyciu i w utrzymaniu czystości. Wystarczy po prostu przesuwać szczoteczkę od zęba do zęba- szczoteczka robi resztę sama 🙂  Jest wyposażona w specjalny czujnik nacisku, który zwalnia obroty główki, gdy zbyt mocno szczotkuje się zęby. Zapobiega to uszkodzeniu szkliwa i nadwrażliwości zębów. Ma również coś takiego jak „sygnalizator czasu mycia”-    co 30 s. informuje, ze należy przejść do kolejnej części zębów. A na końcu długie „piiii” sygnalizuje,       że minęły dwie minuty zalecanego przez dentystów czasu mycia zębów. Ma kilka wymiennych końcówek- wybielającą, do zębów wrażliwych, aparatów ortodontycznych czy dla dzieci. Ładowanie wytrzymuje około 7 dni więc można z nią podróżować bez zabierania zbędnej ładowarki. Można również mieć jeden akumulatorek na rodzinkę i jedynie wymienne końcówki dla każdego.

 Podsumowując- nie zamierzam wracać do zwykłej szczoteczki! Efekt jest rewelacyjny, mam wrażenie gładkości i czystości zębów utrzymujące się przez cały dzień. I nareszcie dziąsła przestały mi krwawić i nie mam obawy, że jak za mocno będę naciskała to uszkodzę sobie szkliwo. A jak będę miała nadmiar pieniążków to dokupię sobie końcówkę 3D WHITE, pomagającą uzyskać efekt wybielenia.

 A co Wy myślicie o stosowaniu szczoteczek elektrycznych? Uznajecie ich przewagę nad zwykłą, manualną? Czy też macie obawy przez zmianą przyzwyczajeń? A może ktoś używa elektrycznej szczoteczki i może się podzielić swoją opinią? 🙂 

 

Opublikowano ambasadorka Streetcom, Wszystkie | Otagowano , , , , | 12 komentarzy

Eva Gabrielsson „Millennium, Stieg i ja”

źródło: empik.com

 Eva Gabrielsson, Marie-Francoise Colombani „Millenium, Stieg i ja”.

Listopad 2004 r. Stieg Larsson- znany szwedzki dziennikarz tuż po złożeniu w wydawnictwie trzech tomów powieści „Millenium” umiera niespodziewanie z powodu rozległego zawału mięśnia sercowego. Zostawia po sobie kobietę, która nie ma prawa nazywać siebie wdową, testament, który nie został uznany przez prawo szwedzkie, wiele rozpoczętych projektów a przede wszystkim ogromny dorobek (w tym zyski ze sprzedaży książek i praw do nich). A także służbowy laptop, w którym znajdują się kolejne tomy „Millennium”. Laptop, który… zaginął.

Jak przystało na amatorkę kryminałów i książek o ciekawych ludziach musiałam sięgnąć po tą pozycję. Eva Gabrielsson jak nikt inny znała Stiega Larssona- była jego partnerką zawodową przez 32 lata, w tym przez 30 lat partnerką życiową.  Wyłania się z jej opowieści postać o wiele ciekawsza niż tylko autor powieści kryminalnych. Bojownik o prawa człowieka, walczący z rasistowskimi i faszystowskimi ugrupowaniami w Szwecji. Rzadko starczało mu pieniędzy. Pracował dla idei, nie zarobku. Podczas wyjazdu do Algierii, aby zarobić na powrót do domu, zmuszony był do sprzedaży swoich ubrań oraz pracy na zmywaku. Niesamowicie zaimponowało mi jego podejście do walki dobra ze złem. Wiara, że dobro zawsze zwycięży, a winny (zły) w końcu poniesie karę. Eva bardzo podkreśla to jego dążenie do prawdy- Larsson był bardziej dziennikarzem niż autorem kryminałów. I swoje wieloletnie doświadczenie – afery gospodarcze, przemoc wobec kobiet, przestępstwa na tle seksualnym, oszustwa w celu zdobycia właszy- przeniósł na karty swoich książek. Wiele z postaci jest autentycznych, głównie pozytywnych. Jest to swego rodzaju wyraz hołdu i szacunku wobec przyjaciół, którzy wywarli na nim wpływ.

Ale jest to również książka o wieloletniej miłości, o wyrzeczeniach, planach, marzeniach.       O walce, jaka rozpoczęła się po śmierci ukochanego mężczyzny. Evie odebrano prawo do tytułowania się wdową, do żałoby w świetle prawa ponieważ nigdy nie byli małżeństwem. Brak ślubu spowodowany był niebezpieczeństwem ze strony prawicowych ekstremistów oraz faktem, że szwedzkie małżeństwa są zobligowane do upublicznienia swoich adresów.     Po śmierci Larssona został odnaleziony jego testament, w którym cały swój dorobek przekazał Komunistycznej Lidze Robotniczej. Jednakże testament nie został uznany przez szwedzkie prawo i spadkobiercami zostali: ojciec i brat Stiega. Dla Evy nie mieli żadnego szacunku. Potraktowali ją jak kogoś obcego. Musiała nawet walczyć o swoje mieszkanie.       Sytuację zaostrza fakt, że gdzieś znajduje się laptop z dwustoma stronami czwartej części serii oraz konspektem całości- wg Evy (biorącej udział w tworzeniu sagi) Lisbeth Salander, główna bohaterka, stanie się narzędziem zemsty i kary dla wszystkich, którzy wyrządzili jej krzywdę. Ale nie dowiemy się tego w najbliższej przyszłości. Rodzina Larssona utrzymuje, że laptop znajduje się w posiadaniu Evy Gabrielsson- ona, że ponieważ komputer był służbowy należy do redakcji, w której pracował Stieg.

Książkę czyta się jednym tchem. Fascynuje postać, którą rysuje autorka. Stieg Larsson był nie tylko najlepszym pisarzem szwedzkiej literatury kryminalnej ale przede wszystkim wrażliwym dziennikarzem, który życie poświęcił walce o dobro i prawdę. Miał silny charakter i jeszcze silniejszą osobowość. Mam wrażenie, że czytając tą książkę poznałam dwóch Stiegów Larssonów. Tego „przed Millennium”- antynazistowskiego bojownika, lewicowego dziennikarza i tego „po Millennium”- mistrza kryminału szwedzkiego. I ten pierwszy jest zdecydowanie bardziej inspirujący.

Opublikowano czytelniczka, Wszystkie | Otagowano , , , | 2 komentarze