Jeszcze nie melancholia ale blisko

Pierwszy dzień od kilku tygodni kiedy mam chwilę wolną i mogę wejść do blogowego świata a nastrój mój się wziął i zważył. Jak mleko w czasie burzy. Zsiadło się, skisło i nie wiem co z tym zrobić. Pewnie przejdzie. No es la primera ni la última vez. Nie pierwszy raz, nie ostatni…

Praca nie jest najgorsza ale wykończająca. Szefowa jest strasznie wymagająca, zwłaszcza dla swojej „likwidacyjnej” ekipy.  Ludzie różni, zaczęli się przyzwyczajać do nas i nie traktują już jak zwierzątek w ZOO. Chociaż mam takie wrażenie, że tylko czekać aż ktoś z czymś wyskoczy. Na razie wkurzam ich oddając pisma do poprawy- niektórzy nie znają ortografii! Że nie wspomnę o wyższej gramatyce. Szefowa kwestionuje a potem ja się muszę tłumaczyć dlaczego przepuściłam do niej takiego bubla. Wolę więc się narazić im niż szefowej. Roboty jest od cholery bo szpital tonie w długach i na każdej płaszczyźnie panuje bajzel totalny. Tak źle nie było w OSK-u. Tam przynajmniej nikt nie podkładał świnek. Sam budynek jest kolosalny, ma chyba wszystkie oddziały o jakich słyszałam plus poradnie, przychodnie, laboratoria i dializy. I fajną stołówkę, gdzie serwują dobre i normalne jedzenie. A co najważniejsze- tanie. Pensje lekarzy są GIGANTYCZNE, zwłaszcza tych na kontraktach. Patrząc na ich pensję mam chęć wołać o pomstę do nieba, gdy słyszę narzekanie na marne wynagrodzenia w służbie zdrowia.

Pięć dni w tygodniu mieszkam w J.G.- widok z okna na fotkach dwa posty wcześniej. Widok ten ratuje człowiekowi duszę, gdy wraca schetany i ma chęć rzucić się jedynie z tego balkonu. Dojazd do pracy (na drugi koniec miasta) zajmuje nam około pół godziny (więcej komunikacją miejską, mniej autem z szefową). Pobudka o świcie to lekki koszmar, bo ja zasypiam dopiero jak się robi ciemno- jakoś tak jestem zaprogramowana.  Na weekend wracam do domu tzn. do Wro, bo w samym domku to ja niewiele przebywam. W zeszłą sobotę byłam na święceniach diakonatu mojego kuzyna- mojego najbliższego i najukochańszego kuzyna, który ze mną szalał, jeździł na Woodstoch, którego reanimowałam po kilku imprezach, który był moim doradcą i jednym z niewielu, którzy rozumieją moją pokretną logikę- a teraz został księdzem. No prawie, za rok stanie się to już oficjalnie… Ale o samej uroczystości jeszcze napiszę- jak się zbiorę w końcu!

Przede mną ciężki czerwiec- ostatnie zaliczenia, prace semestralne i egzamin końcowy.  Do 11 czerwca muszę oddać pracę z logistyki a kompletnie nie mam kiedy się za nią zabrać. Robię ją po trochę codziennie, może do piątku uda mi się złożyć pierwszą cześć. Zostanie mi tylko cztery :p Zachciało mi się podyplomówki to mam.

A zły humor skąd się wziął? Z braku. Snu, gór, czekolady i Miłości. Te trzy pierwsze sprawy mogę załatwić ale z tą ostatnią… Bez szans… Nie będę się  rozczulać nad sobą, bo tak szczerze mówiąc kogo ochodzi moje zdanie o … mnie samej. Wierzcie mi, wolelibyście tego nie czytać. Idę zrobić sobie herbatkę z cytrynką i popatrzę na Śnieżkę. Nie pomoże mi to za dużo ale może chwilowo się poprawi…

P.S. Wsiąkłam w „Bękarta” Camilli Lackber. Chyba go dziś skończę 🙂

Reklamy
Ten wpis został opublikowany w kategorii Wszystkie. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

8 odpowiedzi na „Jeszcze nie melancholia ale blisko

  1. Gusiook pisze:

    Witaj:)) jak dobrze, że piszesz. Widzę, żeś mocno zapracowana. Mimo wszystko pamiętaj o chwili wytchnienia dla siebie!:) I o tym, że pewne sprawy przychodzą w najmniej nieoczekiwanym dla nas momencie. „Bez szans…” – pesymizm surowo zabroniony!
    Trzymam kciuki za zaliczenie! 🙂
    Kiedy będziesz we Wrocku? Kolejne spotkanko, by się zdało, nie? 😉
    Dobrego wieczoru:))

  2. veritasanta pisze:

    Hejka! O chwili wytchnienia będę mogła pomyśleć w okolicy lipca, po egzaminach. Na razie się noszę z zamiarem zapisu na jakiś fintess. Daleko nie mam do klubu, dwa razy w tygodniu mogę chodzić- może kondycha się poprawi. No i napnę sobie do granic możliwości czas. Ale ja tak lubię 🙂
    We Wrocku jestem od piątku wieczorem do poniedziałku rano. W sobotę mam badanie w GoSport i jeszcze wypad z Siską i Mamuśką na sushi. Jak wypad nie wypali to bardzo chętnie się spotkam- o ile będziesz miała wolny termin.
    A potem to już 19.06., po egzaminach.
    Miłego wieczorku! 🙂

    • Gusiook pisze:

      To wychodzi na to, że spotkamy się najwcześniej w lipcu. Ten weekend wydłużony o poniedziałek spędzam nad morzem:D Jak wrócę, czas ponownie siąść do nauki, i tak już będzie do 7 lipca. Teraz jest gorący czas, dosłownie i w przenośni, hehe.
      Super ten fitnes, ruch uwielbiam! choć jak jest ciepło, to wolę na dworze. Z drugiej strony jak się człowiek gdzieś zapisze, to większa mobilizacja się pojawia 😉

      • veritasanta pisze:

        Wychodzi na to, że czerwiec nie jest nam pisany 😉 Ale lipiec ma sporo weekendów więc się dopasujemy. Jak tam było nad morzem? Jak ja Ci zazdroszczę odpoczynku!
        Skręciłam cholera nogę i na razie nici z siłowni 😦 A tak się cieszyłam. Siedzę z nogą na krześle, popijam zimną herbatkę z lodem i zastanawiam się czy chce mi się czy nie chce jeść.
        Dusznoj uff!

        • Gusiook pisze:

          Auć, jakoś mocno ta noga skręcona? Oby szybko wróciła na swoje miejsce 🙂
          Tak, tak czerwiec zdecydowanie nie. Oby z licem wyszło!;) u mnie on będzie wyjazdowy, ale coś się pewnie wykroi. Jak długo będziesz w JG?
          Morze cudne, na nowo odkryłam uroki naszego Bałtyku. Choć może nie jego samego. Woliński Park Narodowy, w tych okolicach byliśmy, oferuje naprawdę sporo. Jest gdzie chodzić! 🙂 I miejsca bez tłumów się znajdzie, choć wiadomo, że to jeszcze przed sezonem było. Rybkami się objedliśmy okrutnie, hehe. Pyszne były :).
          Trzymaj się dzielnie i nie uszkadzaj kończyn 🙂

          • veritasanta pisze:

            Nie, noga skręcona nie za bardzo. Trzeba było po szpitalu nie latać na szpilkach :p
            Jak ja Ci zazdroszczę tego morza, ale już o tym wspominałam. Jestem już tak zmęczona i przygnębiona a dziś jeszcze czeka mnie „praca domowa”. Ja chcę urlopu!! 🙂
            W JG będę na pewno do końca października, może trochę dłużej ale pewny jest październik. W WPN nie byłam, jakoś preferuję bardziej „pomorską” część. A rybkę też jadłam, w piątek ;p
            Powodzenia na sesyjce 🙂

  3. Lady eM pisze:

    Kocham JG!!!! =) Kiedy wybieralam jeszcze w Polsce miejsce studiow, to wlasnie wybor moj byl miedzy JG a W =) Do koledzu jezykowego sie tam dostalam, piekna sceneria i w ogole, ale postawilam na duze miasto. Nie zaluje, ale czasami mysle sobie, jakby to bylo w JG…

    • veritasanta pisze:

      Obiektywnie rzecz biorąc W. wygrywa w pojedynku z J.G.- jest większy, ładniejszy, klimatyczny, niesamowity i oferuje większe możliwości. Na plus J.G. można zaliczyć jedynie bliskość Karkonoszy, ale w centrum miasta w ogóle gór nie widać. Szkoda miasta. Kiedyś było stolicą województwa a dziś na granicy upadku. Nie mają dobrego zarządcy miasta, oj nie mają.
      Pozdrawiam

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s