bieganie to…

woman-running   Bieganie to… dokończ zdanie 😉 Do tej pory jakoś nie potrafiłam się do tej dyscypliny przekonać. Z pewną dozą zdziwienia (i podziwu) spoglądałam na ludzi, którzy z biegania czerpali przyjemność. Czy to deszcz, śnieg czy słońce codziennie przemierzali swoje kilometry. Nie za bardzo pasował mi ich styl- biegać szybko, biegać długo, biegać daleko. Aż pewnego dnia trafiłam na fajny artykuł dla początkujących biegaczy. Potem posypały się rozmowy z innymi biegaczami. I tak narodził się pomysł wbicia w odpowiednie strój i przekonania się czy prawdą jest, że ja też mogę.  Nauczyłam się, że biegać należy powoli. Zaczynać od marszu, potem przechodzić w trucht. Padło słowo- interwały, czyli zmiana poziomu ciśnienia i tempa- marsz, bieg, marsz, bieg. W internecie mnóstwo na ten temat piszą więc nie muszę tutaj wdawać się w szczegóły. Aktualnie jestem już na etapie 5 min biegu x 1 minuta marszu. Powtórzeń: 5 lub 6, w zależności od dnia. Po Majówce (jak przeżyję :-p) to pewnie będzie już 10 min biegu x 1 min marszu 😉 Biegam co drugi dzień, niedaleko mam fajne trasy więc za każdym razem mogę sobie wybierać inną. Nic tak nie ładuje baterii jak podwyższony poziom endorfin. Lubię ten moment kiedy wychodzę „na trasę”. Jestem sama z własnymi myślami, mogę się uśmiechać, mogę być zła, nikt mi nie mówi jak mam wyglądać, co mówić, nikt niczego nie żąda. A na widok tych maratończyków, którzy na początku z lekką pogardą patrzyli na moje trucht-sapanie- marsz- trucht- sapanie- marsz, nie spuszczam już głowy starając się wybrać trasę daleko od nich 😉 Teraz dumnie podnoszę głowę ciesząc się z każdego dodatkowego kilometra. Przecież tamci też kiedyś zaczynali 😉

Bieganie to fajna alternatywa dla chodzenia po górach, gdy się ich nie ma co dzień czy dla aerobicu bo zamiast dopasowywać się do tempa innych kobiet sama decyduje o szybkości biegu i przystankach. Można biegać z kimś lub samemu. Do biegania naprawę nie trzeba dużo- jakiś dres, wygodne buty i chęć.

Niedawno natrafiłam na fajny portal. Można sobie w nim założyć dzienniczek biegacza i rejestrować przebiegane kilometry, podpatrzeć czyjś plan treningowy lub ułożyć swój własny albo po prostu poczuć jak wielką społecznością są biegacze (i nie tylko bo portal nie ogranicza się jedynie do biegania, można tam znaleźć również inne aktywności):     http://run-log.com/

Czyli co- wkładamy adidaski i do zobaczenia na trasie? 😉

 

Opublikowano obserwatorka, tropicielka szlaków, Wszystkie | Otagowano , , , , | 5 komentarzy

Zwiastun wiosny

Skuszona piękną pogodą wybrałam się w sobotnie popołudnie na spacer do pobliskiego parku. I proszę, oto co znalazłam:

DSCN0323

Czyżby wiosna??? 🙂

Opublikowano inne, obserwatorka, Wszystkie | Otagowano , , , | 4 komentarze

O sobie samej… i nie tylko

facebook analiza           Rozłożona przez chorobę miałam okazję przyjmować wizyty, które z racji rekonwalescencji, rzekomo mi się należą. Jak również milion maili i SMSów z życzeniami powrotu do zdrowia i troskliwymi radami. Bardzo to miłe ale nie chodzi bynajmniej o kwestie zdrowotne. Podczas tych rozmów, mailowania i SMSowania pojawiła się kwestia relacji damsko- męskich. I różnic między płciami. O tym, że kobiety są z Wenus a mężczyźni z Marsa słyszały już dzieci z przedszkola. Nawet naukowcy potwierdzają, że różnice występujące w mózgach kobiet i mężczyzn są tak znaczące, że właściwie można stwierdzić, że nie ma jednego rodzaju ludzkiego mózgu, lecz dwa. Okazuje się, że pod względem psychicznym różnimy się w takim samym stopniu jak pod względem fizycznym.                                  

Naukowcy tłumaczą to na przyjęciem odmiennych funkcji w procesie ewolucji: mężczyzna miał dbać o pożywienie, zapewniać bezpieczeństwo plemieniu i rodzinie, kobieta jako strażniczka domowego ogniska, odpowiadała za gotowanie i wychowanie dzieci. Oczywiście na przestrzeni wieków, role te się zmieniały, granice zaczynały się zacierać, obowiązki jednych płynnie przechodziły na drugich i na odwrót. Jednakże wiele rzeczy zostało takich samych. Mężczyzna kieruje się w życiu rozumem, kobieta emocjami oraz kobiecym, życiowym hobby- analizowaniem. Spójrzmy na taki prosty przykład- spotkanie. Nie musi to być od razu randka z prawdziwego zdarzenia. Po prostu zwykłe spotkanie kobiety z mężczyzna np. na kawę. Facet przyjmuje wszystko na spokojnie, z lekkim dystansem (nigdy nie wiadomo na kogo w końcu się trafiło), cieszy się z miłego towarzystwa, nie planuje od razu ślubu czy choćby wspólnych wakacji. Natomiast kobieta zaczyna kombinowanie i bombardowanie siebie oraz koleżanek pytaniami, domysłami- w co się ubierze, jakie tematy warto poruszyć, czy mu się spodoba, czy na pewno chodziło mu o nią, czy nie okaże się nuda, czy jemu chodzi o coś więcej niż tylko kawę i czy powinna oczekiwać kolejnego zaproszenia a może jej towarzysz okaże się kolejnym dupkiem, któremu zależy tylko na zaliczeniu panny i pochwaleniu się kumplom, itd, itd…  Ma opracowany scenariusz całej randki (jakiej randki? to przecież TYLKO kawa!) i wpada w lekki popłoch, gdy coś pójdzie niezgodnie z nim. Ale od czego mamy improwizację i kobiecy wdzięk, kiedy sytuacja wymyka się spod kontroli? OK, spotkanie było miłe, nawet bardzo miłe, facet okazał się inteligentny, dowcipny i uprzejmy, obiecał zadzwonić, by umówić się na kolejne spotkanie… I… teraz się zaczyna!!! Facet na pytania kumpli, o ile w ogóle pochwalił się swoją „randką”, odpowiada, że było „OK, dziewczyna fajna”. Nie wdaje się w dodatkowe wyjaśnienia bo w sumie i tak nie miałby go kto słuchać. Natomiast kobieta jak wytrawny strateg zwołuje swój sztab czekających na relację koleżanek i zaczynają… A gdzie byliście? Wiem, wiem, taka słodka, romantyczna kawiarenka. A co mówił? Tak mało komplementów? No nie wiem czy warto sobie nim głowę zawracać. Odwiózł cię do domu? Przyszliście pieszo? Skąpiec, nie chciało mu się wydawać kasy na taksówkę. Jaki romantyczny spacer? Nie ma auta i żal mu było kasy. W co był ubrany? Co jedliście?Co powiedział? A ty? Co on na to? Bla, bla, bla. A do tego dochodzi, moje ulubione (opanowałam to do perfekcji) rozbieranie na czynniki pierwsze – czy coś z tego będzie? I co teraz? Czy zadzwoni? Czy chodzi mu tylko o zaciągnięcia do łóżka czy też planuje rodzinny obiadek u mamusi? Co myśli o mnie? Chyba nie zrobiłam z siebie totalnej kretynki? A w ogóle czy on mi się podoba? Bo może tylko tak myślę o nim, z wdzięczności, że zaprosił na kawę? A tak naprawdę wcale mi nie zależy?  I jeżeli odrzucę jego kolejne zaproszenie czy nie złamię mu serca? A co, jeżeli NIE zadzwoni???

Mężczyzna skupia się na całości, kobieta na detalach i szczegółach. Podobno uwarunkowane to jest budową mózgu (naukowcy tego podobno dowiedli) i może nie wszystkie ale na pewno większość kobiet, uwielbia analizowanie, zastanawianie się, przypominanie szczegółów spotkania (niekoniecznie z facetem), jakiejś sytuacji i potem wymyślanie innych odpowiedzi, bardziej błyskotliwych ripost czy odważniejszych odzywek. „Mogłam przecież powiedzieć…” Po imprezie kobiety omawiają znajomych, ciuchy, wystrój lokalu, co kto pił…  wszystko. Faceci kwitują „było OK, możemy powtórzyć” i mają sprawę załatwioną. Denerwuje ich nasze analizowanie (nazywają to podle- plotkowaniem!), nas ich wieczna lakoniczność, brak odpowiedzi złożonych, bardziej rozbudowanych. I wszystko jest  w porządku, dopóki każdy robi to co lubi- ona w towarzystwie kobiecego kółka wsparcia rozbiera na czynniki pierwsze każdą sytuację i każde męskie zachowanie („on po prostu na ciebie nie zasługiwał”), a on w towarzystwie kobiecego, tfu, męskiego kółka degustatorów piwa… ogląda mecz! Ważne, by nie przesadzić w tych swoich wariactwach i nadmiernie mężczyzny nie obarczać swoimi przemyśleniami. Po co? I tak nie zrozumie 😉  A poza tym  „nadmierna analiza własnych wypowiedzi może w rezultacie doprowadzić do tego, że zbyt intensywnie będziesz koncentrowała się na sobie i na tym, co mówisz.” Po co więc sobie komplikować dodatkowo życie?

A jako podsumowanie, tak z przymrużeniem oka- Za zamkniętymi drzwiami mężczyźni poruszają trzy tematy: pieniądze, football i kobiety. Przesadzają na temat pieniędzy, na footballu nie znają się tak dobrze, jak im się wydaje, a o kobietach opowiadają zmyślone historie. Za zamkniętymi drzwiami kobiety rozmawiają tylko na jeden temat: seks. Nie stosują metafor, dyskutują w sposób techniczny i nigdy nie kłamią.

Opublikowano obserwatorka, Wszystkie | Otagowano , , , , , , , , | 3 komentarze

Gandawa (Gent)- tropem belgiskich piw

W Belgii nigdy nie zamawia się „po prostu piwa”, bo można dostać „lager” czyli piwo o smaku podobnym do każdego europejskiego. Podobno w żadnym innym kraju nie występuje taka różnorodność w smakach i kolorach, subtelne różnice w poszczególnych gatunkach. Każdy region, każde miasto ma swój własny browar, gdzie produkuje się indywidualne, niespotykane nigdzie indziej rodzaje. A poza tym w żadnym innym kraju nie podaje się tak pięknie piwa. Każde piwo ma swój własny kształt pokala- od wąskich, długich kielichów przypominających szampanówki, przez pękate pucharki, po ogromne kufle.Wytwórcy rozlewają płyn do różnych butelek, których kształt może również przyprawić o zawrót głowy. Sporo radości sprawiało nam oczekiwanie na kształt kufla zamówionego piwa.

540224_10200226994667572_1566607556_n

dwa symbole Belgii 😉

Spacerując po mieście rzucają się w oczy małe puby czy urocze knajpki, które zapraszają, by skosztować lokalnych trunków w klimatycznym wnętrzu. Ceny piw zaczynają się od 2 euro i kończą nawet na 14 euro. Obiad (zupka, drugie danie i piwo) można zjeść za 15 euro. Bardzo popularne i polecane są „Lunch menu” (cena ok 11/12 euro),  ale większość takich zestawów zawiera mięsko więc z wiadomych przyczyn nie dane mi było sprawdzić ich smaku. Dużym plusem są wywieszone lub wystawione na zewnątrz menu (po holendersku, francusku, angielsku), dzięki czemu można spokojnie porównać ceny oraz potrawy.

od razu wiadomo jakie piwo serwują

od razu wiadomo jakie piwo serwują

Podczas spaceru po mieście wpadł nam w oczy pub o ciekawej nazwie „Den Turk”. Bardzo fajne ceny 😉 I ciekawa fasada. Totalnie nas zauroczyło. W momencie wejścia zobaczyłyśmy, że cały pub wypełniony jest mężczyznami po 50-tce. Pomyślałyśmy, że może to jakiś klub tylko dla lokalnych „dżentelmenów”. A my, ignorantki tego nie przeczytałyśmy. Grzecznie więc się wycofałyśmy. Dopiero po powrocie do naszego hosta sprawdziłyśmy w Internecie, że „Den Turk” to po prostu najstarszy pub w mieście!!!A my, głupie, stchórzyłyśmy.

den turk

najstarszy pub w Gandawie

Bardzo mi się spodobał pomysł drukowania… krzyżówek na podstawkach pod kufle. Dzięki temu można w pubie zabić nudę czy czas oczekiwania na zamówienie lub drugą osobę. Ciekawe są również zakorkowane butelki mleka, które samemu  dodaje się do kawy. Bo tak, w pubach belgijskich można też kupić kawę 😉 Chociaż nie zawsze jest to bezpieczne. W jednej z restauracji, gdzie byłyśmy na obiedzie kelnerka odradziła mi poobiednią kawkę bo skisło im mleko!!! Także musiałam pozostać przy lokalnych specjałach.

DSCN0264

sposób na zabicie nudy lub integrację 🙂

Rodzajów piwa belgijskiego jest na tyle dużo, by poświęcić im cały rozdział w przewodniku. Przez cały pobyt w jednym mieście możesz nie trafić dwa razy na tą samą markę. Odwiedziny w knajpkach to uczta nie tylko dla koneserów, nawet ktoś nie darzący piwa zbytnią sympatią znajdzie coś dla siebie (piszę z autopsji!). Nie będę zanudzała spisem najbardziej popularnych piw belgijskich bo można sobie o tym poczytać w każdym przewodniku. Będąc w Gandawie kierowałyśmy się przede wszystkim intuicją, sympatią czy ciekawością w kwestii nazwy. Ani razu się nie zawiodłyśmy.

DSCN0113

mój ulubiony Kriek Mystic (3,50%)

DSCN0112

Framboise Lindemans (3,50%)

DSCN0116

Tongerlo Brune (6,50%)

DSCN0212

St. Louis Gueuze (5,00%)

DSCN0215

Westmalle Trappist (9,0%)

piwa

Brugge Tripel (8,70%), De Verboden Vrucht (8,50%) , Gruut Blond (8,00%)

DSCN0175

do wyboru, do koloru, według gustu i potrzeb

W Gandawie czas upływał mi nie tylko na degustowaniu lokalnych browarów ale również na zwiedzaniu tego pięknego, staro-gotyckiego miasta. O tym następnym razem… 🙂

p.s. jak znajdę chwilę to postaram się ogarnąć jeszcze raz wpis.

Opublikowano obserwatorka, podróżniczka, Wszystkie | Otagowano , , , | 4 komentarze

Masyw Śnieżnika- Śnieżnik (1425 m n.p.m.)

14.10.2012

Pobudka bladym świtem. Pociągiem docieram do Wałbrzycha Miasto, skąd autkiem odbiera mnie już M. i po krótkiej wizycie na stacji paliw ruszamy w kierunku Stronia Śląskiego. Po drodze gadamy na wszelkie tematy, w tym oczywiście dwa najważniejsze: góry i faceci (w takiej kolejności) popijając kawę z termosu. Krajobraz powoli nabiera wybrzuszenia, przed nami pojawiają się pierwsze szczyty okolicznych pasm. Z ciekawością szukamy tego, który stanowi nasz dzisiejszy cel. Nie znamy Masywu Śnieżnika więc jest to tym bardziej utrudnione. Może to i dobrze, przekonywujemy się, będzie to dla nas niespodzianka. W końcu dojeżdżamy do Siennej, gdzie zostawiamy na parkingu pod wyciągiem samochód.Szybkie przepakowanie, nałożenie kurtek zimowych i decyzja, że kawa zostaje w samochodzie. Będzie idealna po powrocie ze szlaku. A na trasie mamy przecież schronisko. Spojrzenie na mapę, ponowne upewnienie się w wybranej trasie, zakup biletów na wyciąg i już ruszamy w stronę Czarnej Góry. Pogoda piękna, prawie czyste niebo, chmury ponad szczytami. Z wysokości podziwiamy pierwsze widoki chłonąc klimat i lekko chłodzący twarz wiaterek, który z każdym metrem wieje coraz mocniej. Ubieramy więc rękawiczki i głębiej nasuwamy kaptury. Ekscytacja trwa! Czuję ogarniającą  radość i oczekiwanie. Znów jestem w drodze. Kolejny, nieznany szlak przede mną.

wyciągiem na Czarną Górę

widok z wyciągu

Na szczycie Czarnej Góry (1205 m n.p.m.) pierwszy punkt widokowy. Wdychamy ostre górskie powietrze i ruszamy szlakami: czerwonym i zielonym, następnie z Przełęczy pod Jaworową Kopą czerwonym. Po drodze czytamy w przewodniku, że Masyw Śnieżnika nazwany jest „dachem Europy”, ponieważ stykają się tutaj granice trzech europejskich zlewisk mórz: Bałtyckiego, Czarnego i Północnego. To ciekawe miejsce znajduje się na zboczach Trójmorskiego Wierchu położonego w jednym z ramion odchodzących od szczytu Śnieżnika. Polska część pasma w całości odwadniana jest przez potoki spływające do Nysy Kłodzkiej, która wpada do Odry toczącej swe wody do Morza Bałtyckiego. Po czeskiej stronie wody potoków leżących w zlewni Morawy trafiają do Morza Czarnego poprzez Dunaj, natomiast te, które spływają do Cichej Orlicy (m in, wypływający spod Trójmorskim Wierchem Liptovsky potok), kończą swój bieg w Morzu Północnym, po drodze zasilając Łabę.     Z lekkim rozczarowaniem zauważamy, że Trójmorski nie jest szczytem na naszej trasie. Pocieszamy się, że przecież zawsze możemy wrócić w to pasmo górskie, tym razem za cel obierając  styk trzech zlewisk mórz.

Masy Śnieżnicki

za mgłą chmur

Słońce coraz mocniej przebija się przez chmury i chowamy kurtki do plecaków. Nie do uwierzenia- idziemy w samych polarkach. Powoli, krok za krokiem, docieramy do kolejnego punktu widokowego- Mariańskie Skały. Urządzamy tutaj dłuższy postój na sesję zdjęciową oraz drugie śniadanko. Nawet zwykłe bułki z serkiem i woda butelkowana w takiej scenerii smakują niczym najwykwintniejsze danie.

punkt widokowy- Mariańskie Skały

Szczytowe partie Śnieżnika, jako jedyne w polskich Sudetach, poza Karkonoszami oczywiście, wykazują wysokogórskie warunki klimatyczne. Wierzchołek Śnieżnika wyrasta ponad 200 metrów ponad górną granicę lasu, przypisywanego na tej wysokości piętru regla górnego. Na odkrytym terenie ponad lasem rośnie kosodrzewina i łany borówczysk, a poniżej w lasach spotykamy wiele innych cennych roślin np. paproć wietlicę alpejską, listerę sercowatą, starca kędzierzawego czy storczyka Fuchsa. Jedyne stanowisko w Polsce ma tutaj alpejski dzwonek brodaty. Trochę żałujemy, że sezon na jagody już się skończył choć gdzieniegdzie pozostały jeszcze resztki owoców. Lekko zamarznięte, więc nie ryzykujemy.

droga do nieba

i w kierunku Przełęczy pod Śnieżnikiem

Po zjedzeniu wafelków ruszamy w dalszą drogę. Do schroniska nie zostało już daleko. Droga zaczyna się wznosić, płuca coraz mocniej pracują, nogi zastane podczas odpoczynku zmuszone zostają do zwiększonej pracy. Przy wiacie, gdzie łączą się szlaki i od tego miejsca towarzyszyć nam będzie również żółty, podejmujemy decyzję o wejściu najpierw na szczyt a potem gorącym napoju (kofeina! kofeina!) w schronisku, aby uczcić zwycięstwo. Z powrotem ubieramy kurtki, bo powietrze robi się coraz chłodniejsze.

w oddali majaczy się już zielony dach Schroniska

Mijamy schronisko na Śnieżniku i ruszamy zielonym szlakiem na sam szczyt. Według mapy oraz informacji przy Hali pod Śnieżnikiem szlak powinien zająć nam 25 min. Niestety, zajmuje nam to ostatecznie trochę więcej czasu. Moje zatoki zaczynają szaleć i co 10 kroków muszę robić przerwę na wyczyszczenie nosa. Łapię z trudem powietrze starając się przywrócić tętno do normy. Myślę: tylko do tego drzewka, tylko do zakrętu, tylko do tego wysokiego kamienia. Powoli zaczynam wracać do równowagi. Łyk wody, parę głębszych wdechów i z nowymi siłami ruszam pod górę. Pod koniec wybieramy trasę bardziej stromą ale krótszą. W obecnym stanie wydaje mi się sporym wyzwaniem. Jednak skupiona na drodze nie zauważam, że trasa się wypłaszacza i nagle jesteśmy na szczycie!!! 1425 m n.p.m.!!!

Śnieżnik 1425 m n.p.m.

Śnieżnik 1425 m n.p.m.

Z góry cudne widoki. Z prawej dostrzegam czeski Pradziad, na którym byłam prawie rok temu. Z odzyskaną energią dokumentujemy nasze zdobycie szczytu i siadamy w końcu na trawie, by w spokoju zjeść… obiadek. Z trudem przychodzi mi jedzenie więc ograniczam się do jednej bułki.

żeby nie było- jestem na szczycie

czy jest coś piękniejszego?

Wiatr wieje coraz mocniej, robi się zimniej więc decydujemy, że pora na wizytę w schronisku. Droga powrotna mija nam szybko i sprawnie. Ludzie wchodzący na szczyt mają w oczach chyba ten sam obłęd co my kilkanaście minut wcześniej. Pocieszamy niektórych, że do szczytu już tylko kila minut.

przestrzeń

u stóp Schroniska

Schronisko wita nas ciepłem i tłumem ludzi. Nic dziwnego- pogoda zachęca do górskich wypadów. Podbijamy książeczki i zamawiamy napoje. Jedzonko mamy jeszcze swoje. Kiedy siadamy najpierw nad kawą z mlekiem (prawdziwym, nie z mini pojemniczka), a potem gorąca herbatą z sokiem malinowym, dociera do nas, że teraz już tylko w dół. Trochę mi głupio przed M., że miałam taki spadek formy. Ona- zawodowiec, parła pod górę jak kozica. Karze mi się nie przejmować, bo przecież weszłam na szczyt, nie poddałam się, nie marudziłam więc jest OK.

na szczęście za ciężka, by porwał mnie wiatr

Patrzymy na twarze współbiesiadników. Takiej radości z pokonania własnych słabości nie można opisać. Kiedy taki zmarznięty, zmęczony siadasz nad ciepłą herbatką czujesz rosnącą w sobie dumę. Przez chwilę jesteś ponad to, co zostało na dole. Jesteś tylko ty, góry i ci wszyscy, którzy choć kompletnie obcy połączeni są niewidzialną nicią miłości do gór. Z wysokości świat wydaje się inny, człowiek się zmienia w obliczu zmagań z własnymi słabościami. Kiedy schodzę ze szczytu, zdobytego czy nie, jestem silniejsza i mocniejsza wewnętrznie. Z nowym dystansem do wielu spraw.

droga powrotna

polska, złota jesień

W końcu ruszamy spod schroniska szlakiem czerwonym w kierunku Międzygórza. Namówiona przez M. w dół nie schodzimy a zbiegamy. Zdecydowanie lepszy sposób na pokonywanie drogi, oczywiście nie pod górę. Kolana są mniej obciążone i trasa mija szybciej.  Droga kamienista, z ostrym spadkiem. Trzeba dobrze patrzeć pod nogi, bo łatwo poślizgnąć się na śliskich kamieniach. W międzyczasie dołącza niebieski szlak i oba doprowadzają nas do Międzygórza. W mieście przez chwilę szukamy dalszego szlaku, bo mamy lekkie problemy z orientacją w którym kierunku teraz. Czerwony- sanktuarium Matki Boskiej Śnieżnej, żółty- Ogród Bajek, niebieski- Przełęcz Puchaczówka. Po kilku chwilach konsternacji w końcu ruszamy Drogą Albrechta. Lekko przerażona spoglądam w górę- przed nami kolejne wzniesienie. A moje nogi już odpoczęły i czuję się trochę zmęczona. Początkowo sprawia mi problem dopasowanie się do szlaku, zatoki znów szaleją. Podczas jednego z licznych (!!!) postojów wciskam w siebie wafelek z nadzieją, że podniesie mi poziom cukru w organizmie.

czekaj, czekaj… czy my nadal w Polsce????

powoli zapada zmrok

Ruszamy znowu.  Droga wije się wciąż pod górę i wydaje się nie mieć końca. Powoli jednak wypłaszacza się a wokół zapada szarówka. Z lekkim niepokojem spoglądamy na mapę i w niebo. Jak nic, nie dojdziemy przed zmrokiem.Na szczęście zaopatrzone w czołówki nie popadamy w rozpacz. Niedługo po zapadnięciu zmroku docieramy do asfaltu. Z czołówkami wyglądamy jak dwójka kosmitów zagubionych gdzieś w Polsce. Będziemy na pierwszych stronach gazet!  Przez chwilę trochę się przeraziłyśmy, że do Stronia Śląskiego mamy jeszcze ponad 2 h. Po chwili ze śmiechem stwierdzamy, że przecież nie o Stronie nam chodzi. Jeszcze tylko kilka kilometrów i jesteśmy w Siennej. Znajdujemy nasz samochód na opustoszałym parkingu (za który nie musiałyśmy płacić), dopijamy kawę z termosiku i ruszamy w drogę powrotną do Wrocławia.

TRASA – jeszcze nie obliczyłam kilometrów, ale ponad 20 km!

nasza trasa

Opublikowano podróżniczka, tropicielka szlaków, Wszystkie | Otagowano , , , , | 8 komentarzy

Plusssz Lady: DETOX

Od początku października biorę udział w nowej kampanii Streetcom- testuję jeden z suplementów diety Plusssza. W swojej Paczce Ambasadorki (bardzo urocze pudełko, na pewno do wykorzystania 😉                     Plusssz Lady to linia preparatów przygotowana specjalnie dla kobiet. To przecież my przykładamy ogromną wagę do codziennej pielęgnacji, stosujemy obok kosmetyków także rożnego rodzaju diety. Czasem zapominamy jednak o dostarczeniu organizmowi odpowiednich witamin i składników mineralnych. A przecież to co jemy czy pijemy wpływa na nasz organizm w takim samym stopniu, jak stosowanie kosmetyków czy uprawiane sporty. Nie ma jednak diety, która zaspokoiłaby wszystkie potrzeby naszego organizmu. Zawsze któregoś ze składników nam brakuje. Dlatego każdy z czterech rodzajów Plusssz Lady został opracowany pod kątem konkretnych potrzeb. A więc mamy: regenerację włosów i paznokci, poprawę kondycji skóry, skuteczne oczyszczanie organizmu z toksyn oraz dbanie o urodę kobiet dojrzałych. Wszystkie łączy postać musującej tabletki o fajnym smaku (w zależności od serii).

W udziale przypadł mi wymieniony w tytule DETOX. Pierwszy kontakt- zielone, przyciągające wzrok opakowanie zawierające opis całego składu z podanym dziennym zapotrzebowaniem. Po rozpuszczeniu – przypomina musującą oranżadkę, nie zostawia obrzydliwego osadu na szklance, smak limonowo- imbirowy (w ogóle nie czuć imbiru, którego nie każdy toleruje), fajnie orzeźwiający. No OK, smakuje dobrze więc można testować 😉 Wg opisu preparat ten ma pomóc w oczyszczaniu organizmu z toksyn, stąd wyciąg z kaktusa CactiNea o właściwościach detoksykujących i antyoksydacyjnych. Pozwala pozbyć się nadmiaru nagromadzonej w organizmie wody i toksyn. Skutecznie ułatwia walkę ze zbędnymi kilogramami, pobudza perystaltykę jelit, zmniejsza apetyt. Dodatkowo CactiNea jest źródłem cennych mikroelementów niezbędnych w okresie diety. Jak to jest u mnie? Przemianę materii miałam zawsze OK więc na ten aspekt akurat nie zwróciłam uwagi, ilość odwiedzin w toalecie się zwiększyła więc nadmiar wody w organizmie zmalał, apetyt się niestety nie zmniejszył ;-p  Nie wiem czy to ma związek z pozbywaniem się toksyn (pytanie do znawców tematu!!!) ale początkowo strasznie mnie wysypało na buźce. Mam cerę mieszaną, z tendencją do wyprysków więc obawiałam się czy codzienne stosowanie tego Plusssza nie skończy się dla mnie odstawieniem. Jednak po kilku dniach bacznej obserwacji cera wróciła do normy i na chwile obecną jest OK.                                                                                                                Plusssz ten zawiera również witaminy A, C, E stanowiące kompleks silnych antyoksydantów mających bezpośredni wpływ na procesy odnowy zachodzące w skórze. Nie widzę jak na razie znacznej poprawy wyglądu włosów czy skóry ale nie zestarzałam się jakoś bardziej więc może działa? 😉 Tak, serio, serio to świadomość dostarczania organizmowi odpowiednich witamin wpływa pozytywnie na moją opinię na temat tego suplementu. Nie jestem na diecie odchudzającej więc nie wiem jak się sprawdza w takim przypadku. Moja siostra, której oddałam jedno opakowanie, potwierdza skuteczność przy pozbyciu się nadmiaru wody, poprawie przemiany materii i dostarczaniu witamin, których pozbawiona jest jej dieta. Dla mnie dosyć ważne znaczenie ma wyciąg z mojej ukochanej żurawiny. Działa (!!!!!)  antybakteryjnie (hamuje przyleganie bakterii E.coli do ścian komórkowych) i oczyszczająco m.in. na układ moczowy, co w okresie jesiennym jest dla mnie (i moich ciągłych problemów z pęcherzem) ważne.

A Wy? Jakie jest Wasze zdanie na temat stosowania suplementów diety? Znacie Plusssz Lady? Macie jakieś doświadczenie z nim? Czy też może jesteście przeciwniczkami „sztucznych witamin”? Gusiook, a jak się na to zapatruje magister farmacji?                             Plusssz Lady nie zawiera WSZYSTKICH witamin i składników ze środowiska a jedynie te, które odpowiadają konkretnym wymaganiom. Czy w ogóle stosowanie suplementów diety jest potrzebne czy spełniają jedynie efekt „placebo”?

Na koniec dodam, że opakowanie zawierające 20 tabletek kosztuje ok 15/16 zł. Myślę, że nie jest to bardzo wygórowana cena. A wszystkie informacje na temat Detoxu oraz pozostałych trzech suplementów oczywiście znajdziecie na stronce Plusssz Lady

Opublikowano ambasadorka Streetcom, Wszystkie | Otagowano , , , , | 6 komentarzy

życie zaczyna się po trzydziestce…

ŻYCIE ZACZYNA SIĘ PO TRZYDZIESTCE *

 

*albo tylko mi tak wmawiają 😉

Opublikowano obserwatorka, Wszystkie | 6 komentarzy