Jesioniki- dzień drugi

16.10.2011

Kolejny dzień rozpoczął się szybkim prysznicem, by dojść do siebie po wieczornej integracji i ruszyłyśmy na śniadanko. Wyobraźcie sobie, że choć pojawiłyśmy się punktualnie o godzinie zbiórki w kolejce byłyśmy ostatnie! Ciekawe, o której pierwsi musieli wstać? Albo czy się w ogóle kładli w pokoju? Po śniadanku pakowanie, fotka Pisma Świętego, które stało na półce w naszym pokoju (w każdym pokoju znajdował się jeden egzemplarz) i ruszamy na kolejny dzień eksplorowania Jesioników.

dla potrzebujących modlitwy

Ekipa bardzo zorganizowana więc bardzo szybko parking przed “Park Hotelem” (jakby ktoś był w okolicy to POLECAM).                                                                                                              Jedno spojrzenie na termometr przed wejściem- zapowiada się kolejny piękny dzień. Kolejny dzień wędrówki rozpoczynamy od Videlskiego sedla- miejsca, gdzie wczoraj skończyliśmy.

mrozik z rana

Dobry humor trochę ból prawego kolana, nadwyrężonego wczorajszymi podejściami (0raz zejściami). Po intensywnej kuracji  oraz odpoczynku trochę przeszło więc mam nadzieję, że nie odezwie się ponownie. Albo da się go rozchodzić. Dały mi się też we znaki zatoki ale na nie znam niezawodne sposoby, więc nawet na Evereście bym sobie z nimi poradziła :-)

Pradziad w zimowej scenerii

O wczorajszym dniu przypomina widok Pradziada, który towarzyszy nam w początkowej trasie. Także o śniegu, bo dzisiejsza pogoda jest zdecydowanie jesienna- piękna, złota, lekko chłodna ale bardzo słoneczna i przyjemna. Idealna na spacer w górach. Sami sobie gratulujemy dobrego pomysłu na październikowy weekend.

postój przy skrzyżowaniu

Pierwszy postój na wysokości 1 005 m npm w oczekiwaniu na resztę grupy. Wykładamy się na trawie, by w pełnym słońcu skonsumować batoniki i ostatnie kabanoski. Pasmo Orlika to idealne miejsce dla lubiących ciszę, spokój i piękne panoramy. Na szlaku nie spotka się zbyt wielu turystów.

w drodze

w oddali majaczy cel

Po miłym i dosyć łatwym spacerku przyszła pora na wyzwanie- Zámecký vrch z ruinami zamku Koberštejn. Musimy tylko zejść…

zejście

i wejść…

wspinaczka

I już w pełni glorii jesteśmy na szczycie :-)

na szczycie

Plecaki zostawiamy na szczycie i po drabince wspinamy się w poszukiwaniu ruin zamku. Z góry rozpościera się cudowna panorama Jesionik.

piękne widoki

pogoda dopisuje

zauroczenie

O powstaniu zamku nie zachowały się żadne pewne informacje. Jednym z domysłów jest to, iż warownia powstała na śląskich ziemiach jako przeciwwaga dla znajdującego się niedaleko zamku Kvinburk. Zamek postawiony był na wysokiej skale, co stwarzało możliwość łatwiejszej obrony przed wrogiem,a wnętrze zamku otaczała z jednej strony skalista fosa. Do dnia dzisiejszego z zamku zostało niewiele- jedynie 9- metrowa wieża o średnicy 10 metrów, do której niestety nie ma wejścia.

ruiny zamku Koberštejn

Powrót był dosyć zabawny. Czoło ekipy dotarło do miejsca zbiórki- wioski Starý Rejvíz- wcześniej niż przewidywał plan i przez parę chwil trwała zabawa w kotkę i myszka z kierowcą autokaru. Zdzwiony dobrym tempem naszego marszu musiał podjechać trochę szybciej i do tego podobno wyszliśmy w trochę dalszym miejscu niż przewidziano!

wystawa motyli na ścianie w barze w Starym Rejvizie

Weekend w Jesionikach uważam za bardzo udany. Znalazłam się pod urokiem czeskich Sudetów, zdobyłam kolejny szczyt Korony Sudetów, spędziłam intensywnie czas na łonie natury oraz przekonałam się, że wystarczy pasja i podobny sposób myślenia, aby obcy ludzie stali się świetnymi towarzyszami podróży. Najważniejsza sprawa- zawiązała się babska ekipa, która obiecała sobie, że nie będzie to ostatni wspólny wypad. I jak pokazała przyszłość- obietnica ta nie była złożona jedynie pod wpływem emocji.

TRASA:    Videlské sedlo – Jelení loučky – Pod Orlíkem – Slídový vrch – Zámecký vrch (Koberštejn) – Starý Rejvíz (18 km + 400 m)

Opublikowano na szlaku, podróże małe i duże, Wszystkie | Dodaj komentarz

Jesioniki- Pradziad (1492 m npm)

Moje życie to również podróże, zwłaszcza n.p.m. :) Dlatego też, nie mogło wypraw górskich zabraknąć w zeszłym roku. W dniach 15-16.10.2011 r. wybrałam się z Komisją Turystyki Górskiej z Wrocławia w czeskie Sudety Wschodnie. Jubileuszowa wyprawa z cyklu “Zdobywamy Koronę Sudetów” za cel obrała sobie Jesioniki (Jeseníky) z najwyższym szczytem- Pradziadem (Praděd- 1492 m. n.p.m.). Był to również pierwszy wypad trzonu założycielskiego ekipy pod nazwą Panda Travel (wymyślona pod wpływem złocistego czeskiego, więc wiadomo… :p).

Tu byłam...

W sobotni blady poranek dotarłam na Dworzec PKP, by odebrać dziewczyny a następnie udałyśmy się na miejsce zbiórki. Oczom ukazała się spoooora grupa z… walizkami! No OK, część z nich miała również plecaki ale część pakowała do luku bagażowego torby na kółkach. Byli to stali uczestnicy wyjazdów z KTG, którzy wiedzieli, że jedzenie i picie na jeden dzień pakuje się do małego plecaczka, a reszta bagaży jedzie wygodnie autokarem na miejsce noclegowe. Nam nie zostało nic innego niż podzielić nasz bagaż na dwie części i jedną zostawić na siedzeniach :-)

pierwszy postój

Autokar wysadził wesołą gromadkę w Karlovie pod Pradědem, stąd rozpoczynała się nasza  18 km trasa (ja tam twierdzę, że wyszło więcej). Zgodnie z postanowieniem zajęłyśmy strategiczną pozycję na przedzie grupy (żeby stopniowo móc zwalniać i nie musieć się wlec za resztą od początku :p). Humory dopisują, choć czasem dopada myśl, czy kondycyjnie się podoła. Ale początek jest łatwy…

na pamiątkę tych, którzy pożegnali się z życiem

Velká Kotlina- pierwszy, grupowy postój. Jeden z najbardziej znanych rezerwatów w Czechach, o świetnej akustyce. Tworzą je strome skaliska, ze spływającymi po nich licznymi wodospadami. Znajduje się około 300 gatunków unikatowych roślin (m.in. rośliny tundry). Można się po niej poruszać jedynie po oznakowanych szlakach.

Velka Kotlina- jesień w górach

Droga staje się coraz bardziej stroma i męcząca. Oddech przyśpiesza, z trudem łapie się powietrza i uspokaja przyśpieszone tętno. W głowie rodzi się myśl- kurczę, nie dojdę, będzie wstyd. Ale ciągle znajduję siły, by krok za krokiem dojść do kolejnego zakrętu, kolejnego wzgórza. Przystanek, odliczanie do dziesięciu, łyk wody (zmrożonej), chwila pogawędki i ruszamy dalej…

w górach nawet oddycha się inaczej

Powietrze robi się coraz zimniejsze a krajobraz powoli się przeobraża. Z wiosennego w prawdziwie zimowy. Wyciągamy z plecaczków czapki i rękawiczki, rozbawione nagłą zmianą pory roku.

PS nie zrobiły tego lepiej

Wielu z uczestników wyposażonych jest w genialny wynalazek, jakim są kijki trekkingowe (nie mylić z nordic walking). Jednakże z żalem muszę przyznać, że nie wszyscy potrafią ich używać. Z obserwacji tych posiadaczy można wyróżnić kilka styli posługiwania się kijkami, m.in. “na plotkarę”, “potrzebuję przestrzeni”, “na starowinkę”, “mam kijki i się chwalę” itp. Niestety, nie da się tego opisać. Style te trzeba osobiście ZOBACZYĆ! Niesamowitą frajdę sprawiał marsz za jednym panem, dla którego kijki były przedłużeniem ciała. Dobrze wiedział kiedy i jak ich używać. A przede wszystkim- nie stanowił zagrożenia dla innych. Postanowienie- zaopatrzyć się w kijki i przed kolejną wyprawą nauczyć się z nich korzystać.

z jednej strony- wiosna, z drugiej- zima

Wielką radochę sprawia nam podziwianie zmieniającego się krajobrazu. Czeska strona Sudetów była mi obca do tej pory. Z wyjątkiem Izerów nie miałam możliwości (a może i chęci?) eksplorowania gór po stronie naszych południowych sąsiadów. Skalne miasta się nie liczą :-) A wielka szkoda, bo rzut beretem od granicy znajdują się zielone tereny z niesamowicie pięknymi panoramami. Szlaki są przeważnie łagodne a pod wiele szczytów podjeżdżają kursowe autobusy. A klimat w niczym nie ustępuje takim na przykład Alpom!

Z prawej strony doskonały widok na kulminację Vysokiej Holi. Dla chętnych- możliwość zdobycia. Na szczycie znajduje się sporych rozmiarów betonowa wiata- pozostałość po budowanym tu w okresie II Wojny Światowej polowym lotnisku. Można również natknąć się na kamień graniczny z 1681 r. Dwaj, niemi świadkowie wydarzeń z różnych czasów.

Vysoká hole

W dole widoczna zza drzew chyba chata turystyczna Švýcárna. Widząc z oddali coraz bliższy szczyt Pradziada zrezygnowałyśmy z odpoczynku w tym miejscu. Po drodze czekała nas ciekawa niespodzianka- grupa niemieckiej młodzieży ubranej dość niekonwencjonalnie- kombinezony narciarskie, kaski, gogle (bez sprzętu narciarskiego), z krótkimi spodenkami w stylu hawajskim nałożonymi… na spodnie! Z butelkami piwa w łapkach! Chyba im się coś pomyliło. Albo my z głodu zaczęłyśmy mieć omamy wzrokowe.

Švýcárna oraz Ovčárna

W dole na pewno Švýcárna oraz Ovčárna, gdzie znajduje się przystanek autobusowy. Kiedyś w tym miejscu była bacówka, która później spłonęła. Na jej miejscu powstał nowoczesny hotel z restauracją. Dosyć różni się to od naszego doświadczenia. W polskich górach w większości przeważają schroniska. W Czechach (a przynajmniej w Jesenikach) pełno jest restauracji (m.in. na samym Pradziadzie!) na szczytach, a funkcję schronisk pełnią hotele oraz chatki turystyczne. Co kraj to obyczaj!

Švýcárna oraz Ovčárna- i nie widoczny asfalt

Droga, którą idziemy od w/w to szosa! Normalna, asfaltowa droga, po której co prawda nie jeżdżą samochody (mają zakaz wjazdu), ale za to mnóstwo rodzin z małymi dziećmi oraz wózkami! Trasa jest lekka, łatwa i przyjemna. Widoki rewelacyjne. I tylko ten szczypiący mróz lekko przeszkadza.

spojrzenie na Vysoką Hole

Ponieważ w Polsce nie ma śniegu korzystamy z okazji i lepimy GIGANTYCZNEGO bałwanka z badylem w dłoni. Jak dzieci, jak dzieci ;-p

bałwanek

tradycyjna fotka moich butków- nie jest to lokowanie produktu

Po kilku godzinach drogi wreszcie stajemy na szczycie! Najwyższy szczyt Jeseników osiągnięty! Stojąca na szczycie wieża telewizyjna o  wysokości 145 m z nadajnikiem i wieżą widokową w wysokości 40 m  została wzniesiona w roku 1970 r.  Z wieży można przy ładnej pogodzie zobaczyć również Karkonosze oraz Wysokie Tatry. Niestety, nas pogoda nie rozpieszcza i szczyt otulony jest utrudniającą widoczność mgłą. Kilka zdjęć dokumentujących  historyczne wydarzenia (nasze zdobycie Pradziada) i szybko wchodzimy do środka. W wieży znajduje się restauracja, w której można zjeść ciepły posiłek i napić się czeskiego piwa oraz Kofoli (czeski przebój numer 1). Swój prowiant można spożyć na zewnątrz, co przy warunkach atmosferycznych wydaje nam się sporym poświęceniem. Zamawiamy więc herbatkę, która co prawda podana jest w wielkich, żółtych kubeczkach, ale temperaturę ma letnią! Rozczarowane trochę wizytą podbijamy nasze “żółte papiery” i oddajemy się narodowemu sportowi kobiet- plotkowaniu :-) Sącząć genialną Kofolę.

Praděd (1492 m npm)

jak widać

Po zasłużonym odpoczynku i małej integracji z resztą wycieczki dajemy się zapędzić przed budynek celem uwiecznienia naszych pełnych entuzjazmu i radości twarzyczek na zbiorowej foteczce! Sporo nas, prawda? Podobno tak licznej grupy w dziejach KTG nie było jeszcze :-)

wszyscy cali i prawie nie zamarznięci

Droga ze szczytu zawsze mija szybko. I rzadko kiedy przerywana jest postojami. Nie wiem czy to perspektywa czekającego autokaru czy zbliżającego się zmroku, ale i tym razem nie było inaczej. Naszej trójce udało się przed ciemnościami dotrzeć do parkingu (ostatnie zejście prawie pionową ścianą- bezcenne!), gdzie w ciepełku oczekiwałyśmy z innymi przodownikami na resztę ekipy. Po rozlokowaniu się w pokojach, odświeżeniu i gorącej obiadokolacji zebraliśmy się wszyscy w winiarni pełniącej funkcję świetlicy. Rozpoczęła się nieoficjalna część imprezy, zwana popularnie integracją. Śmiechom, śpiewom i opowieściom nie było końca… aż do 2:00. Następnie spoczynek, bo czekał nas kolejny dzień w Jesenikach.

nie potrzeba komentarza :-)

Wyjazd organizowany był przez Komisję Turystyki Górskiej, organ przy PTTK Odziale Wrocławski. Z ich inicjatywy powstała odznaka Korona Sudetów, skupiająca 22 najwyższe szczyty pasm i masywów górskich Sudetów (po stronie: polskiej, czeskiej i niemieckiej). Nie ma limitu czasowego w kwestii jej zdobycia, liczą się jedynie potwierdzenia gromadzone w książeczce, zwanej z racji koloru: “żółtymi papierami” (poza tym każdy kto chodzi pasjami w góry musi mieć coś z wariata). KTG jest również organizatorem wyjazdów z cyklu “Zdobywamy Koronę Sudetów”, “Sudety za miedzą” oraz “Góry za miedzą”.                             W 2012 r. z pewnych osobistych względów wycieczek z tego pierwszego cyklu nie będzie, natomiast planowane są trzy inne wyjazdy. Liczę, że na jedną z wycieczek na pewno się załapiemy, może się uda na więcej.                                                                                           Także chętnych zapraszam :-) Atmosfera jest bardzo fajna, a wyjazdy nie są drogie. Można przy okazji pojechać w miejsca, których odwiedzenia nie brało się w ogóle pod uwagę. Więcej informacji na ich stronie internetowej- KTG.

 TRASA: Karlov pod Pradědem – Velká kotlina – Vysoká hole – U Barborky – Praděd –
chata „Švýcárna” – Videlské sedlo (18 km + 900 m)

Opublikowano na szlaku, podróże małe i duże, Wszystkie | 4 komentarzy

Helle Amin “Odnalezieni na pustyni”

źródło: empik.com.pl

Helle Amin „Odnalezieni na pustyni. Jak zaryzykowałam wszystko, by odzyskać swoje dzieci”.

Helle Amin prowadziła pozornie doskonałe życie- żona, matka czwórki uroczych synków, muzułmanka. W ciągu jednego dnia całe jej dotychczasowe życie stanęło do góry nogami- po powrocie ze sklepu nie zastała w domu nikogo. Jej najgorsze obawy okazały się prawdziwe- mąż zabrał ich synów do swojej ojczyzny- Arabii Saudyjskiej. Zrozpaczona kobieta podejmuje desperackie próby odnalezienia synów i odzyskania ich szukając sprawiedliwości przed saudyjskim sądem. Rzuca wyzwanie społeczeństwu całkowicie zdominowanym przez mężczyzn. 

 

Urodzona w 1964 r. w Danii,jako czwarte dziecko właścicieli kwiaciarni oraz delikatesów, od zawsze zafascynowana podróżami i poznawaniem innych kultur. Podczas studiów w Anglii poznaje przystojnego Saudyjczyka, który wkrótce zostaje jej mężem.  O małżeństwach muzułmanina z niewierną krążą legendy. Nie mogła przecież być taka ślepa, by nie widzieć w co się pakuje? “Ja akurat w trakcie całego swojego małżeństwa nigdy nie widziałam, żeby mój mąż się modlił albo poszedł do meczetu [...] Nie widziałam, by się zadawał z innymi Saudyjczykami albo muzułmanami. Żył zgodnie z zachodnim systemem wartości od ósmego do czterdziestego ósmego roku życia [...] Kiedy braliśmy ślub, zaklinał się, że w jego ojczyźnie było tak strasznie, że nigdy tam nie wróci”.

                                                                                                                                                              O kobietach, których dzieci zostały porwane przez muzułmańskiego ojca jest wiele książek. Czym się różni ta? Opowiedziana jest nie tylko z punktu matki rozpaczliwie szukającej dzieci, ale także opiera się na wspomnieniach porwanych synów. Helle Amin to kobieta, która nie odzyskała dzieci w „standardowy”, często opisywany w reportażach sposób- nie wynajęła detektywa, by odnalazł i odebrał jej dzieci. Nie, ona przy pomocy wszystkich dostępnych środków zdobyła wizę do Arabii Saudyjskiej, postarała się o pracę w tym samym mieście, w którym przebywała jej uprowadzona rodzina, podporządkowała się surowym prawom szariatu, by w końcu stanąć przed saudyjskim sądem i wygrać sprawę o możliwość widywania synów. A następnie odnieść zwycięstwo również w angielskim sądzie. Największe wrażenie robi jej wizyta przed trybunałem w Arabii Saudyjskiej: ubrana od stóp do głów w czarny strój, który ograniczał jej widoczność oraz odcinał dopływ powietrza próbuje przekonać do swoich racji mężczyzn, dla których zachodnia kobieta nie ma żadnego statusu.

                                                                                                                                                             Książka porusza też problem ponownej aklimatyzacji dzieci po powrocie do „normalnego” życia- w szkole, gdzie trzeba mówić zapomnianym językiem, możliwość zmiany imienia na zachodnie, dom, gdzie nikt nie krzyczy i bije, problem z integracją z otoczeniem. Walka nie kończy się często na odzyskaniu dzieci. Trzeba zapewnić im wszystko, czego potrzeba, by ich życie wróciło do normalności. Sporo czasu mija na przekonaniu ich, że są wreszcie bezpieczne i nic im już nie grozi.

                                                                                                                                                        Temat uprowadzenia dzieci przez ojca- muzułmanina wzbudza wielkie zainteresowanie wśród czytelników. Opinia publiczna piętnuje takie postępowanie. Jednakże dla tych kobiet to niczego nie zmienia. Ciągle są matki, które muszą walczyć o swoje dzieci, mierząc się ze światem w którym kobieta znaczy tyle, co przydrożny kamień. „Jak to możliwe, że Zachód handluje z takimi krajami jak Arabia Saudyjska, a wydaje się nie interesować kwestią praw człowieka? […] Arab żyje na Zachodzie, może nawet nie praktykować swojej wiary, żeni się i ma dzieci, ale kiedy sprawy przybierają zły obrót, wraca z dziećmi do swojej ojczyzny. Nawet jeżeli nie jest praktykującym muzułmaninem, teraz korzysta z ochrony, którą daje jego ojczyzna, i stara się, by wszystkie związki z matką zostały zerwane…”

                                                                                                                                                     Książka zdecydowanie warta przeczytania. Opowiada o smutnych i radosnych chwilach, ludzkiej sile oraz słabościach, a przede wszystkim o odwadze i determinacji matki, która nie wahała się dochodzić sprawiedliwości przed sądem w Arabii Saudyjskiej oraz w Anglii. „Jeżeli moja historia rozgłosi wieść o rosnącej liczbie porwań dzieci, to przynajmniej część mojej misji zostanie wypełniona. […] ale porzucone mamy są przygotowane do walki- do końca”.

Opublikowano w kinie i na fotelu, Wszystkie | 4 komentarzy

Joanna Onoszko “Sekretne życie motyli”

źródło: Internet

Joanna Onoszko “Sekretne życie motyli”

Jako pierwszą w nowym roku chciałabym przedstawić książkę, która w 2011 r. stała się przyczyną jednego z najgłośniejszych skandali w środowisku górskim. Autorka zakwestionowała w niej prawdziwość wytyczenia przez Elizę Kubarską i Davida Kaszlikowskiego “nowej drogi na najwyższym morskim klifie świata- zwaną Golden Lunacy”. Za jej zrobienie para otrzymała prestiżową nagrodę “Jedynki”. Z mieszanymi uczuciami sięgnęłam po tą powieść. Po jej przeczytaniu mieszane uczucia nadal zostały…

“Sekretne życie motyli” jest opowieścią o  wyprawie dwóch zaprzyjaźnionych par wraz z operatorem na Grenlandię, w celu nakręcenia filmu dokumentalnego z wytyczenia Golden Lunacy, zrobionej przez jedną z par (tytułowych “motyli”). Z początku wszystko wydaje się być wręcz idealne- pomoc przy nakręceniu filmu, w zamian za możliwość wspinaczki na nieznanym, oszałamiającym terenie. Jednakże  z każdą stroną poznajemy mroczną stronę bohaterów wyprawy, a zwłaszcza Stefana. Jest egocentrycznym, wyrachowanym prostakiem i chamem, który ma na celu przede wszystkim własną osobę. Oraz sławę. To ona napędza każdy jego krok. Na dodatek nie ma zielonego pojęcia o wspinaczce a podrasowane i ustawiane zdjęcia sprzedaje w specjalistycznych mediach jako dowody swoich ekstremalnych wyczynów. I jeszcze terroryzuje całą ekipę, w tym swoją partnerkę- Lizę- zapatrzoną w niego jak w obrazek święty. Na co dzień silna kobieta pod wpływem Stefana staje się uległa, bezbarwna i całkowicie mu podporządkowana. Nora i Alek to takie trochę przeciwstawne postaci- reprezentują same dobro, idealny związek i zero słabości. Od samego początku Stefan i Liza irytują czytelnika a zagłębiając się w ich świat poznajemy parę alpinistów od mroczniejszej strony- oszustów, którzy nie tylko nie są autorami swoich przejść ale też znakomitymi mistyfikatorami. Zamiast wyznaczać nowe drogi skupiają się na podkoloryzowaniu zdjęć, by wydawały się ciekawsze. Nienawidzimy tych ludzi, gardzimy nimi i coraz bardziej upewniamy się, że świat wspinaczy to szambo. Nie ma w nim miejsca na prawdziwość przeżyć a jedynie zdobywanie sławy.

Aż mnie skręcało jak czytałam tą książkę. Pani Onoszko stworzyła bardzo krytyczną w stosunku do środowiska wspinaczy, naszpikowaną emocjami , wulgaryzmami i fachowym słownictwem (choć prawdziwej akcji wspinaczkowej w książce niewiele) fikcję literacką. Jak sama deklaruje “podobieństwo do osób czy zdarzeń rzeczywistych jest całkowicie przypadkowe”. Ale nie trzeba zbyt długo się zagłębiać, by doszukać w tych inspiracjach prawdziwych wydarzeń i zidentyfikować osoby. Stefan z wyglądu to idealny David (te włosy związywane w kucyk), a w imieniu Eliza wystarczy odjąć pierwszą literkę i mamy- Lizę! Do tego podróż na Grenlandię, by nakręcić film również miała miejsce (chodzi o film autorstwwa E. Kubarskiej “Co się wydarzyło na wyspie Pam”). Pani Onoszko zakwestionowała nie tylko brak podstawowej wiedzy, umiejętności wspinaczkowych znanego  małżeństwa ale również ich relacje osobiste, a przede wszystkim intymne. Miesza fakty z fikcją, aby przedstawić środowisko wspinaczy, a konkretniej dwójki jego przedstawicieli, jako fałszywych kreatorów rzeczywistości a także pokazać obraźliwy i nienawistny ich stosunek do konkurencji. Nabieramy niechęci do całego tego szamba i cieszymy się, że nie jesteśmy jego częścią.

David i Eliza wnieśli do sądu pozew przeciwko Wydawnictwu Znak o ochronę dóbr osobistych. Skutkiem tego było umieszczenie książki w “areszcie” i zakaz jakiegokolwiek jej rozpowszechniania. Biorąc pod uwagę, że bez żadnego problemu wypożyczyłam tą książkę, nie wiem jak się ten zakaz ma w praktyce. Parzę alpinistów odebrano “Jedynkę” a media rozpoczęły na nich nagonkę celem zdemaskowania oszustwa i praktycznie”wdeptania ich w ziemię”. Szukałam w Internecie ale nie znalazłam żadnej wypowiedzi pani Onoszko (może źle szukałam?) Jak autorka może nie podjąć tematu w sprawie książki, która niszczy życie innych ludzi? Zwłaszcza, gdy się podkreśla, że fabuła jest jedynie oparta na wydarzeniach a nie ich wierną relacją? Jeżeli miało to być oskarżenie konkretnych wspinaczy (a na to wygląda) dlaczego zasłania się fikcją literacką i nie ma odwagi głośno protestować? Przecież to wygląda na atak na Davida i Elizę, bez możliwości obrony z ich strony. A jednocześnie nie ma postawionych w sposób formalny zarzutów w kwestii przejścia Golden Lunacy.

Nie wiem co chciała osiągnąć tą powieścią pani Onoszko? Zamieszanie w środowisku? Chwilową sławę i zwrócenie na siebie uwagi? Zdemaskowanie oszustwa? Na pewno udało jej się zdyskredytować parę alpinistów, którym odebrano nagrodę opierając się na “fikcji literackiej”. Moje mieszane uczucia nadal się we mnie kłębią. Są dwie możliwości- albo alpiniści kłamali w kwestii przejścia drogą Golden Lunacy albo pani Onoszko ma w sobie jakiś uraz, żal i lubi opluwać innych jadem. Coraz bardziej jednak kieruję się (pod wpływem relacji ze spotkania z Davidem i Elizą w Lądku Zdroju) ku tej drugiej opcji. Jeżeli chciała udowodnić oszustwo powinna mieć cywilną odwagę mówić o tym głośno i nie pod płaszczykiem “powieści o pasji, która staje się chorą ambicją”.

Opublikowano na szlaku, w kinie i na fotelu, Wszystkie | 4 komentarzy

nowy rok czas zacząć…

No i nadszedł 2012 rok! Przywitałam go niezbyt hucznie, bo na domówce ale było szampańsko i dobrze się bawiłam. Z ciekawością czekam na to, co mi przyniesie :) W tym roku zmieniłam adres blogowy i zamieszkałam na wordpress.com Jak na razie jest mi tu dobrze i może osiądę na stałe. Z onetowego adresu nie zrezygnowałam, niech sobie hula po świecie wirtualnym. Zwłaszcza, że ludzie nadal na niego wchodzą, czytają i piszą maile. Szok! Ale przyjemny. Życie pozablogowe przyniosło mi też trochę zmian i nadal niektóre sprawy się rozwijają. Mam więc nadzieję, że ten rok również przyniesie mi niespodzianki. Liczę na pozytywne :)

Książkowo również sporo się rozwinęłam. Najwięcej radości i odkryć przyniosła mi literatura podróżnicza oraz górska. Na zawsze pozostaną w głowie i sercu Kinga Choszcz oraz pani Ania Czerwińska. Ich postawy, ideały, sposób myślenia i wiara w spełnianie marzeń jest warte naśladowania. O swoje pragnienia należy walczyć, nawet gdy inni stukają się w głowę lub patrzą z politowaniem. Kinga stała się moim swoistym guru w kwestiach podróżniczych, pani Ania jako przedstawicielka kobiecego himalaizmu.

O górskich i podróżniczych wyjazdach nie pisałam zbyt dużo. Relacje z nich czekają w kolejce na poprawki i opublikowanie. Ale jedno z najważniejszych i najmilszych spotkań miało miejsce 29 grudnia, gdzieś w Polsce. Dla mnie dosyć spontaniczne i niespodziewane. Tym bardziej dziękuję Gusiookowi i Kotkowi, które nie tylko są wspaniałymi blogerkami ale przede wszystkim cudownymi młodymi kobietami, które podążają za swoimi pasjami. Czekam z niecierpliwością na odwiedziny w królewskim mieście :)

źródło: http://www.parafia-bolechowo.pl/index.php?q=&id_akt=326&page=

Postanowień noworocznych nie robię. Nie będę obiecywała co roku, że schudnę, będę bardziej dbała o zdrowie, uporządkuję swoje rzeczy w szafie i przestanę być pracoholiczką. W tym roku postanowiłam po prostu robić PLANY i dążyć do ich realizacji. A także skupić się na samorozwoju- w kogo mam inwestować, jak nie w siebie?

Planów wyjazdowych mam mnóstwo. W głowie  tworzą się kolejne pomysły. Nadal zdobywanie szczytów Korony Gór Polski i Korony Sudetów. Na wiosnę zapewne KTG powróci do organizowania wyjazdów i razem z “ekipą” już zapowiedziałyśmy swój udział. Pierwszy wspólny wyjazd udał się bardzo dobrze więc szkoda nie kontynuować wypraw z nimi. Poza tym dzięki stronom turystyczną udało się zorganizować w/w ekipę dziewczyn z różnych miast, które lubią chodzić po górach a w swoim otoczeniu nie mają zbyt wielu chętnych. Inicjatywa fajna :) W kwestii podróży nie chcę na razie zbyt wiele pisać, aby nie zapeszyć. Mam nadzieję, że wypalą. Zwłaszcza dwa! Jak będzie już coś pewnego podzielę się tym na pewno. Mogę tylko wspomnieć, że na liście miast do odwiedzenia jest również Kraków. I to w doborowym towarzystwie :)

A przede wszystkim nie dam się zwariować pytaniom “życzliwym” w stylu: kiedy W KOŃCU wyjdziesz za mąż? Udało mi się opanować umiejętność asertywnej odpowiedzi: jak mój chłopak się rozwiedzie!

żródło: http://fred.blox.pl/tagi_b/7387/postanowienia-noworoczne.html

Wszystkiego najlepszego w Nowym Roku! Oraz wytrwałości w spełnianiu swoich marzeń i dotrzymywania postanowień noworocznych.

Opublikowano Wszystkie | 2 komentarzy

Wesołych Świąt!!!

 

 WESOŁYCH ŚWIĄT!!! 

Opublikowano niezwyczajność, poza kategorią, Wszystkie | Dodaj komentarz

Sara Shepard “Pretty little liars”

 Szaleństwo na punkcie “Kłamczuch” dotarło i do Polski. Seria książek Sary Shedard “Pretty little liars” nie schodzi z list bestsellerów. A aktorki, które grają główne role w powstałym, na podstawie książek, serialu  stały się z miejsca gwiazdami.                 I w sumie nic w tym dziwnego, bo historia przyjaźni pięciu dziewczyn pełna tajemnic, sekretów i kłamstw rozgrywająca się w perfekcyjnym mieście bogaczy wciąga jak nałóg.                                W Polsce najpierw pojawił się serial “Słodkie kłamstewka”, a dopiero od sierpnia br. Wydawnictwo Otwarte wydało pierwszą część – “Kłamczuchy”. Piątą część będzie można dostać prawdopodobnie w styczniu 2012 r. Ile ma ich być w sumie nie wiem, podobno 11.

 Książkę zobaczyłam po raz pierwszy na półce z nowościami w “Mediatece”. Stały obok siebie dwie części- “Kłamczuchy” oraz “Bez skazy”.  Widziałam wcześniej fragmenty serialu na AXN więc bez wahania wzięłam obie części do domku. Nie bez znaczenia są też okładki książek. Zdecydowanie oczarowała mnie ta różowa szpilka! Usiadłam wygodnie w fotelu i … dałam się wciągnąć w świat “kłamczuch”.

Aria, Hanna, Emily i Spencer wiele zawdzięczają swojej najlepszej przyjaciółce- Alison. Nie tylko sprawiła, że stały się najbardziej popularną grupą w szkole, ale także stała się powiernicą ich największych tajemnic. Przecież “przyjaciółki mówią sobie sekrety”. Mają po 13 lat i cały świat, a na pewno Rosewood- miasto ludzi doskonałych- u stóp. I nagle, podczas tradycyjnego nocowania całej grupy w niewyjaśnionych okolicznościach znika Alison. Kto mógłby chcieć ją skrzywdzić? Kto mógł ją nienawidzić? Szkolną gwiazdę? Idealną przyjaciółkę? Śledztwo w sprawie tajemniczego zniknięcia Alison nie przynosi skutku a dziewczyny, zamiast zbliżyć się bardziej, oddalają się od siebie coraz mocniej. Nie pomaga wspólny sekret, który nie może nigdy ujrzeć światła dziennego. Były częścią czegoś większego, ale to właśnie Ali je “stworzyła”. Gdy jej zabrakło nic je już nie łączyło. Prawie nic…                                                                                                                                              Mijają trzy lata (wg okładki i serialu jedynie rok). Alison nadal pozostaje zaginiona, nie ma też żadnego nowego śladu w jej sprawie. Do miasta po trzyletnim pobycie razem z rodziną na Islandii, wraca Aria. Nie czuje potrzeby nawiązania kontaktu ze swoimi dawnymi przyjaciółkami. Czuje się trochę jak outsider ale podoba jej się ta inność od idealnych mieszkańców Rosewood. W jednym z pubów poznaje mężczyznę.                                        Hanna po zaginięciu Alison zaprzyjaźnia się z dawną ofiarą kawałów- Moną i razem przechodzą totalną metamorfozę. Chudną, zmieniają wygląd, styl ubierania a przede wszystkich zachowanie. Dosyć szybko stają się królowymi szkoły a Hanna zdobywa serce Seana- swojej wieloletniej skrytej miłości.                                                                                                                Emily zgodnie z rodzinną tradycją jest pływaczką i zgodnie z tą samą tradycją jest najlepsza w szkole. Mieszka najbliżej Alison i kiedy do domu zaginionej przyjaciółki wprowadza się nowa rodzina zostaje wysłana przez mamę z “powitalnym koszem” (idealni sąsiedzi tak robią!). Tam poznaje Mayę- nową sąsiadkę, wyzwoloną dziewczynę, która mówi co chce, pali marihuanę i totalnie zmienia wystrój pokoju Ali. Pod jej wpływem Emily zastanawia się nad swoim związkiem z Benem, oczekiwaniami od życia oraz swoją tożsamością. A to pociąga zmiany, które wcale nie muszą wyjść jej na dobre.                             Spencer od zawsze rywalizuje ze swoją starszą siostrą- Melissą.      I zawsze przegrywa. Jak można się równać z prymuską, przewodniczącą wszystkich ważniejszych organizacji w szkole, zwyciężczynią wszystkich konkursów, w których brała udział? Do tego ładniejszą, bardziej czarującą i perfekcyjną. Nic dziwnego, że to ona jest faworyzowana przez rodziców. Nawet zgadzają się, że do czasu remontu mieszkania starsza siostra razem ze swoim chłopakiem mogą zająć stodołę przerobioną przez Spencer na loft.  I jak tu nie czuć się tą gorszą?

I nagle, po tych trzech latach dziewczyny dostają tajemnicze wiadomości dotyczące sekretów, które znała tylko jedna osoba. Alison powróciła! Ale dlaczego zamiast się ujawnić dręczy i szantażuje swoje dawne przyjaciółki? I co się z nią działo przez te ostatnie lata?          Kiedy zostaje znalezione ciało Alison znowu zostaje wszczęte śledztwo, tym razem już w sprawie morderstwa dziewczyny. Kim wobec tego jest tajemniczy A.? Nasze bohaterki ogarnia strach- ktoś jeszcze oprócz Alison poznał ich sekrety. Zwłaszcza, że ten ktoś zaczyna realizować swoje SMS-owe pogróżki…

Ale się rozpisałam :) Książka może i jest serią dla nastolatek, ale nie da się ukryć, że wciągająca. Nie jestem fanką takiej literatury, ale autorka ma fajny sposób pisania, umie utrzymać napięcie i niczego nie jest się pewnym do końca. Postaci są dobrze wykreowane, każda jest inna, inaczej reaguje na otaczający ich świat i inne ma priorytety. Co prawda trochę mnie denerwuje ten wyidealizowany świat amerykańskich bogaczy- wszędzie markowe ciuchy znanych projektantów, szpanerskie auta i brak problemów z kasą. Niektórzy dorośli też trochę przeginają (bo jak można wyrzucić z domu własną córkę za COŚ TAKIEGO???), ale ogólnie polecam! Po wszechobecnych książkach o wampirach i innych cudach natury warto sięgnąć po trochę lukrowany i momentami chaotyczny świat czterech kłamczuch. Na razie dopadłam jedynie trzy części ale z niecierpliwością czekam na kolejne. Do serialu też się przymierzam. Ciekawie będzie skonfrontować swoją wizję z wizją reżysera i poszukać różnic oraz podobieństw. I dowiedzieć się w końcu- KIM JEST A.???

Opublikowano w kinie i na fotelu, Wszystkie | Dodaj komentarz